CZĘŚĆ I „APERITIF”

„Aperitif”

„Tak często udajemy kogoś innego,

że w końcu zaczynamy udawać samych siebie.”

23.08.2014 godz. 16.03 

Gdzieś na obrzeżach Nowego Yorku. 

Kobieta zagryzła wargi i ponownie otworzyła oczy. Wszystko, co widziała było niewyraźne. Sypialnia sprawiała wrażenie otulonej gęstą, słodką mgłą. W powietrzu unosił się zapach tanich męskich perfum, połączonych z wonią przetrawionego alkoholu. Po chwili do pomieszczenia wrócił nieznajomy. Tajemnicza postać powoli zbliżyła się do łóżka. Kobieta zaczęła resztkami sił szarpać się i krzyczeć do tych, którzy już od dawna nie istnieli. Wyginając związane nadgarstki, słyszała  szepty ukręcających się kości. Oprawca stał nieruchomo. Opary unoszące się w sypialni stawały się coraz mniejsze. Gładkie do tej pory nagie kobiece ciało przyjęło formę chropowatej gęsiej skóry. Piersi nabrały jędrności, sutki stwardniały, a mięśnie nóg i rąk stawały się coraz bardziej napięte.  W pokoju nastała cisza. Szepty kości  i wołania kobiety ucichły, tylko po to, aby za moment  eksplodować z kardynalną siłą. Drewniany instrument wbijał się w pochwę coraz głębiej. Przedzierał macicę, wkręcając się w kolejne narządy wewnętrzne. Ciepłe potoki krwi wsiąkały w materac, barwiąc go w kolory zmroku.  Krzyk kobiety nabierał odcieni ostatniego uniesienia. Narzędzie było już w jej ciele w całości. W ostatnich sekundach życia ofiara poczuła kolejną ciepłą ciecz na swojej skórze. Nie była to jednak krew. Sperma oprawcy powoli spływała po bladych policzkach dziewczyny…

04.08.2014 godz. 9.42 

Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.  

– Jak się pan nazywa?

– Brown, Inspektor James Brown… Gdzie ja jestem?

– Znajduje się pan na oddziale toksykologii, w szpitalu psychiatrycznym im. Billa Wilsona. Nazywam się…

– Jest gorzej, niż myślałem. Byłem przekonany, że to czyściec.

– Widzę, że wraca pan do zdrowia.

– Co to za kable…

– Kroplówki z relanium i glukozą. Nie może pan brać jeszcze leków doustnych. Z resztą nie jest to pana pierwszy pobyt na oddziale detoksykacyjnym i nie muszę tłumaczyć, że ostry zespół odstawienny może trwać nawet do dwóch tygodni.

– Chcę wyjść na własne żądanie.

– Jest to niemożliwe.

– Doskonale znam swoje prawa, fiucie!

– Prawo wypisu na własne żądanie, przysługiwałoby panu w przypadku zatrucia alkoholowego. Niestety nie jest to możliwe w sytuacji, gdy pacjent kierowany jest do nas, po próbie samobójczej.

– Co ty pierdolisz?

– Połączył pan silne leki psychotropowe z alkoholem. Przypominam, że nie jest to oddział toksykologii szpitala publicznego. Jest pan w placówce psychiatrycznej.

James przez chwilę milczał. W pomieszczeniu słychać było jedynie szepty kroplówek.

– Na oddziale toksykologii zostanie pan jeszcze trzy dni. Jeśli nie wystąpią nasilone drżenia, zaczniemy zmniejszać dawki leków i dołączy pan do grupy.

– Grupy?…

– Tak. Przeniesiemy pana na oddział główny. Tam zacznie pan terapię odwykową.

– Chyba was pojebało.

05.08.2014 godz. 8.00 

Palarnia, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.  

– Widzę, że rączki jeszcze latają…

– Spierdalaj pan, jak nie chcesz mieć tych rączek na mordzie – odpowiedział Brown, gasząc w połowie wypalonego papierosa.

– Spokojnie, nie jestem z pierwszej łapanki. Wiem jak chujowo wyglądają pierwsze dni. Jestem Boby, a ty?

– Której części słowa „spierdalaj” nie zrozumiałeś?

– Zrozumiałem każdą. Nawet powiem ci więcej. Zrozumiałem nie tylko słowo, ale też twoje prawdziwe intencje. Dlatego rozmawiam z tobą dalej.

– Czego chcesz moczymordo? Fajkę? Drobne na pokera? A może tabsy? Tych ostatnich nie mam, bo nie dają mi jeszcze doustnych. Opowiedz się konkretnie. Ja spełnię twoją prośbę, a potem spierdolisz mi z oczu.

– Nic nie rozumiesz. Choć papieroskiem mógłbyś poczęstować…

06.08.2014 godz. 14.20 

Gabinet lekarski, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.  

– Ile razy mam powtarzać, że nie była to próba samobójcza!

– Niech mi pan zaufa, panie Brown. Tym sposobem pan nic nie osiągnie. Przepisy mówią jasno…

– Wy jesteście tu po to, aby leczyć, czy szkodzić? Na łeb dostaję w tym miejscu. Jeszcze jeden dzień i rzeczywiście zostanę w tym pieprzonym zakładzie do końca życia!

– Niech mi pan uwierzy panie Brown, że statystycznie co drugi pacjent na początku pobytu reaguje tak samo jak pan – odpowiedział spokojnie lekarz, przeciągając się na fotelu. W jego głosie słychać było nutki ambiwalentności i ignorancji.

– Żądam rozmowy z ordynatorem!

– Pan ordynator będzie dopiero jutro, około godziny czternastej. Mogę pana zapisać na wizytę.

– Jesteście wszyscy popierdoleni! Jeśli w tej chwili czegoś nie zrobicie, to przyrzekam wam, że naprawdę sobie coś zrobię. A winę za to poniesiecie tylko i wyłącznie wy!

– Dobrze panie Brown, niech pan tutaj chwilę poczeka. Sprawdzę, co da się zrobić.

06.08.2014 godz. 21.31 

Sala nr 6 – Izolatka, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.  

– Jak się pan czuje, panie Brown?

– Nie wiem, spałem… siostro, nie mogę ruszyć rękami… i nogami! – wykrzyczał James z przerażeniem w oczach.

– Spokojnie, jest pan przypięty pasami.

– Po co? Czy wy wszyscy do końca ocipieliście? Przestańcie wpierdalać się w moje życie!

– Proszę nie krzyczeć. Za chwilę dostanie pan kolejne zastrzyki. To pana wyciszy…

– Nie dość, że ryjecie mi tu łeb psychicznie, to jeszcze zrobicie ze mnie ćpuna!

– Proszę wziąć głęboki oddech i spokojnie wypuścić powietrze. Poczuje pan ukłucie.

– Czy siostra nie rozumie?!.. Ała! Ty kurwo! Jestem funkcjonariuszem policji! Zadbam o to, aby…

– Przypominam, że  izolatka jest monitorowana. Zresztą, w stanie niepoczytalności może pan mówić wszystko. Dobrej nocy panie Brown.

– Chce mi się palić, szmato!

07.08.2014 godz. 12.15 

Sala nr 6 – Izolatka, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.

– Za chwilę minie doba. Zgodnie z regulaminem, w przypadku poprawy, po dwudziestu czterech godzinach może pan opuścić izolatkę…

– To na co czekacie?

– Na decyzję ordynatora. Jeszcze wczoraj był pan agresywny i groził lekarzowi próbą samobójczą.

– Co wy macie z tymi próbami samobójczymi? Przepracowałem ponad dwadzieścia lat w policji kryminalnej i gdybym tylko chciał mógłbym się zabić, nawet będąc przykuty w pasy!

– Niech pan oszczędzi tych informacji ordynatorowi, jeśli chce pan jeszcze dziś skorzystać z toalety na własnych nogach.

Nagle do izolatki wszedł postawny mężczyzna, w białym kitlu. Inspektor szybko oszacował wiek lekarza, na około czterdzieści lat. Obrączka na palcu prawej dłoni, wskazywała oczywisty stan cywilny. Zżółknięte palce lewej dłoni świadczyły nie tylko o nałogu mężczyzny, ale również o potencjalnym mańkuctwie. Przetarty pasek od zegarka mówił o sentymentalizmie lub skrajnym niechlujstwie i lenistwie. Pognieciona, zielona  koszula lekarza potwierdzała drugą z hipotez. Zasuszona wydzielina osłaniająca gałkę oczną, zebrana w kącikach oczu natomiast…

– Jak się pan dzisiaj czuje, panie Brown?

– Wyśmienicie. Proszę mnie odpiąć.

– Jak pana wahania nastroju i myśli samobójcze…

– Takowych myśli nie mam i nigdy nie miałem. Zresztą powiedziałbym wszystko, abyście tylko mnie odpięli.

– Dam panu szansę, panie Brown. Mam jeden warunek.

– Przyzwyczajony jestem, że to ja stawiam warunki.

– Na czas pobytu w naszej placówce, musi pan zmienić swoje przyzwyczajenia.

– Czego pan chce?

– Jutro punktualnie o 9.45 zjawi się pan na grupie terapeutycznej. Oprócz tego nie muszę chyba panu mówić o tym, że każde kolejne agresywne zachowania będą powodem powrotu do tej sali.

– Wypuście mnie już…

07.08.2014 godz. 12.15 

Palarnia, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.  

– Witaj ponownie! – krzyknął Boby, widząc Jamesa wchodzącego do nikotynowego zaułka.

Inspektor nie odpowiadając na zawołanie usiadł do jednego z drewnianych stolików.

– Przenieśli cię już do jakiegoś pokoju? Jakiego?

Brown nie spoglądając na Boba, odpalił tytoniowego przyjaciela i zamykając oczy zaciągnął się głęboko.

– Jesteś tu za alko, co nie? Przyznam szczerze, że spotkałem wielu policjantów na tego typu oddziałach…

– Skąd wiesz, gdzie pracuję?

– Na tym oddziale wieści szybko się rozchodzą. Słuchaj się mnie, a na pewno tu nie zginiesz.

– Dziękuję, poradzę sobie bez twojej pomocy.

– No proszę, widzę, jak to mówią nasi terapeuci „progres”! Tym razem nie usłyszałem od ciebie żadnych spierdalaj, ochleju, chcesz w mordę itp.

– Spierdalaj ochleju – wyszeptał Brown, nadal nie patrząc Bobowi w oczy.

– Nie zgrywaj twardziela. Chcę ci tylko pomóc. Wpadniesz wieczorem do trójki na scrabble? Poznam cię z moimi lokatorami.

– Sorry, ale nie interesują mnie trójkąty.

08.08.2014 godz. 9.32 

Sala terapeutyczna, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

Brown stał w drzwiach szukając wzrokiem, jak najbardziej zacisznego miejsca. Jego plan niestety nie miał prawa na powodzenie. Po chwili do sali terapeutycznej weszła lekarka. Mało atrakcyjna blondynka, w wieku czterdziestu paru lat, z charakterystyczną blizną na szyi. Terapeutka prowadząca sesję, kazała ułożyć krzesła w taki sposób, aby wszyscy pacjenci siedzieli w okręgu. Inspektor zajął miejsce blisko okna i przyglądał się przybywającym na zajęcia pacjentom. W związku z faktem, że Brown nie miał pamięci do imion i nazwisk, postanowił delikwentom nadawać charakterystyczne pseudonimy. W ten sposób pierwszym przybyłym na salę był Rolnik. Bardzo skromnie ubrany mężczyzna, w kaloszach na nogach, z kraciastym kaszkietem i szklanym okiem. Zaraz obok Rolnika usiadła Kulka – rubensowska kobieta z wadą wymowy. Nie dość, że ciężko było ją zrozumieć  w związku z jej seplenieniem, to jeszcze cały czas żuła coś w gębie. Trzecim pacjentem, który zwrócił uwagę Jamesa był Muzyk. Pseudonim nie był w jego przypadku specjalnie wyszukany. Muzyk był muzykiem. Charakteryzował się narcyzmem i wulgarnym podejściem do kobiet. Niezależnie od godziny, nosił na sobie czarne okulary i koszulę z postawionym kołnierzykiem. Brown uważał go za niesmaczną karykaturę, która od samego początku nie przypadła mu do gustu. Dosłownie kilka minut przed rozpoczęciem zajęć na salę przybył Boby. Oczywiście usiadł obok Browna. W tym samym momencie Inspektor zaczął sam zastanawiać się na sensem noszenia czarnych okularów…

– Witam moi kochani na kolejnych zajęciach przeznaczonych dla osób uzależnionych. Dziś zajmiemy się kwestią fizycznych skutków spożywania alkoholu. Zanim jednak zaczniemy, przywitajmy nowego kolegę Jamesa.

Po słowach terapeutki na sali rozległo się enigmatyczne, mało przekonujące wspólnie wypowiedziane powitanie „Czeeeeść Jameeess”.

– James, chciałbyś na początek nam coś o sobie powiedzieć?

– Nie. Nie mam takiej potrzeby.

Nagle drzwi od sali odtworzyły się hukiem i na zajęcia wparowała spóźniona pacjentka. Atrakcyjna, filigranowa blondynka, tak naćpana lekami, że w pierwszej chwili Brown myślał, że jest  gejszą.

– Jems, psst… James… – zaczął szturchać łokciem komisarza Boby.

– Czego chcesz?

– Ta kobita, co się spóźniała to Lodziara. Wystarczy ją czymś dobrze zabajerować, aby zrobiła ci dobrze w kiblu.

Sesja terapeutyczna trwała trzy godziny. Pod koniec zajęć terapeutka poprosiła każdego z uczestników, aby podzielił się z grupą swoimi przemyśleniami. Przez dwadzieścia minut Brown zmuszony był wysłuchiwać cudzych dolegliwości wątroby, trzustki, nerek, a nawet bardzo obrazowych opowieści o zmianach skórnych. Najciekawsza wypowiedź tego dnia należała jednak do Rolnika. Zapytany, jakie ma przemyślenia w związku z fizyczną szkodliwością alkoholu, odpowiedział z pełnym przekonaniem: „kto pije i pali, ten nie ma robali”.

09.08.2014 godz. 20.15 

Palarnia, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Dobrze mieć cię w swoim pokoju James, od początku wiedziałem, że przeniosą Cię do nas.

– Jeśli myślisz Boby, że nie zauważyłem brakujących papierosów w mojej szafce, to się mylisz.

– Spokojnie przyjacielu, oddam ci wszystko, jak będę miał odwiedziny.

– Po pierwsze, nie jestem twoim przyjacielem. Po drugie, jeszcze raz zniknie mi choć jeden papieros, to obiecuję ci, że przedłużą mi pobyt w związku z zabójstwem wykonanym w stanie niepoczytalności.

– Dobrze mówisz, takich jak on trzeba trzymać na smyczy! – wtrącił Muzyk, poprawiając kołnierzyk.

– Ty mi lepiej nie podskakuj, bo powiem kto powypisywał miesiąc temu te napisy kałem w kiblach! – odszczekał się Boby, po czym  znikł w oparach dymu.

– Współczuję ci lokatora, James. Facet myśli, że jak tu praktycznie „mieszka na stałe”, to może sobie pozwalać na wszystko.

– Muzyk, mam do ciebie sprawę na boku – wyszeptał Inspektor, bawiąc się nerwowo kubkiem z niedopitą kawą.

– No?

– Czy istnieje jakaś możliwość załatwienia, no wiesz sam czego…

– Jeśli chodzi o tablety, to mam zapas ketonalu. Dostaję go od jednego schizofrenika spod ósemki. Handluję nim za kawę…

– Nie, chodzi mi raczej o alkohol.

– Głód cię bierze… Niestety z tym tutaj krucho. Odwiedzający i paczki są tu  przeszukiwane gorzej niż w pierdlu. Potrafią nawet owoce  rozkroić, aby sprawdzić, czy nikt nie wstrzyknął w nie spirytusu. Z tabletkami jest łatwiej, wystarczy złożyć u odpowiedniej osoby zamówienie. Sam wieczorami, przy wydawaniu leków udaję, że biorę nasienniki. Zbieram je sobie i na weekend biorę wielokrotne dawki. Dają w łeb tak mocno, że przesypiasz całą niedzielę. A co do alko, to nie warto kombinować. Po chuj masz spędzić resztę pobytu w izolatce…

– Panowie mam newsa! – wykrztusił zasapany Kartofel*, dosiadając się do stolika.

* Facet z ryja wygląda jak kartofel. Swoją drogą nie zrozumiałe jest dla większości pacjentów, jak z taką mordą zrobił sobie dwanaście dzieciaków.

– Dajesz…

– Kojarzycie tych kolesi, których przysłano tu z nakazu sądowego?

– Takich dwóch mięśniaków z dziarami, kojarzę…

– Piguły przyłapały ich, jak robili sobie wzajemnie lody w publicznej! Jest afera jak nie wiem!

10.08.2014 godz. 16.02 

Gabinet psychologa, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Panie James, jest to nasze pierwsze spotkanie indywidualne. Na samym początku chciałabym zapytać, jak się pan czuje na naszym oddziale…

– Chujowo.

– Określenie, które pan użył nie jest emocją, a tym bardziej uczuciem. Będziemy mieli niebawem warsztaty z nazywania uczuć i wtedy dowie się pan…

– Po co te terapeutyczne podchody? Zrealizujmy cel naszego spotkania i odhaczmy je.

– Wciąż ma pan problemy z adaptacją i motywacją. Skoro już pan poruszył, jak to pan określił „cel dzisiejszego spotkania”, zadam panu pytanie. Jaki ma pan problem? Co sprawiło, że znajduje się pan tu i teraz?

– Miałem pecha.

– Mam na myśli pana problem z alkoholem. Czy uważa się pan w ogóle za osobę uzależnioną? To nie pierwszy pana pobyt w tego typu placówce…

– Uważam się… nazwijmy może to tak… mam skłonności do nadużywania alkoholu.

– Pracuję w tym zawodzie już od wielu lat i przyznam panu szczerze, że pierwszy raz słyszę tego typu określenie.

– W takim razie winszuję.

– Może zaczniemy inaczej. Dlaczego pan pije?

– Aby nie być trzeźwym.

– Boi się pan trzeźwości? Zawsze tak było? Może przypomina pan sobie moment, kiedy trzeźwe funkcjonowanie przestało sprawiać panu radość?

– Co to za pojebane pytania. Znam panią kilka dni i mam mówić o rzeczach, których nawet sobie bym nie powiedział? Chcę wiedzieć, kiedy mnie stąd wypuścicie i kiedy zakończymy tę terapeutyczną szopkę.

– Ta terapeutyczna szopka zakończy się, kiedy uznam, że odnieśliśmy zamierzony efekt. Na razie stoimy w miejscu. Kto wie, może zagości pan u nas na dłużej, tak jak pana lokator…

Brown nerwowo patrzył w pozbawione jakichkolwiek emocji oczy lekarki. Jego dłonie niekontrolowanie grały na oparciu krzesła, niczym na pianinie.

– Ona nie lubiła, jak grałem na jej ramionach…

– Co pan powiedział?

– Ona. Moja była kobieta. Gilgotało ją zawsze, kiedy grałem palcami na jej ramionach. Co w tym niezrozumiałego? – wykrzyczał James, wstając z fotela.

– Co się stało, że określa pan te kobietę słowami „była”…

– Odeszła. Wyjechała do innego kraju. Wybrała pracę.

– Zastanawiał się pan kiedyś, czy przyczyna picia nie jest czasem jego skutkiem?

– Że co?

– Czy nie było przypadkiem tak, że to, co pan teraz mówi jest jedynie projekcją choroby.  Zaryzykuję stwierdzenie, że kobieta, o której pan mówi odeszła od pana, ponieważ pił pan już dużo wcześniej.

– Czy panią zupełnie pojebało? Byłem prawym człowiekiem. Dbałem, aby nic jej nie brakowało. Potrafiłem jeździć do niej w środku nocy, tylko po to, by zostawić jej świeże bułki na wycieraczce.  Mało tego…

– Nie zmienia to jednak faktu, że pan pił. Jakie perspektywy  czekały tę kobietę u boku takiej osoby jak pan…

– Milcz kobieto i wara od mojego życia! – James spojrzał ironicznie na  leżącą na stoliku paczkę chusteczek i z nerwowym uśmiechem na twarzy opuścił gabinet.

12.08.2014 godz. 16.02 

Toalety publiczne, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Słuchaj mnie, potrzebuję sztangi fajek i jakiś napojów gazowanych, byle słodkich.

– Nie mów mojej rodzinie, gdzie jestem. Zresztą i tak się pewnie domyślają.

– Nie wkurwiaj mnie, potrzebuję tych fajek na jutro.

– To nie nadawaj paczki, tylko przyjedź osobiście.

– Przypomnij sobie, kto ci donosił paczki, jak leżałeś po postrzale.

– Nie istotne, w jakim stanie do ciebie przychodziłem, ważne że ci niczego nie brakowało.

– I jeszcze jakieś żarcie, bo to tutaj smakuje, jak wymiociny nastolatka po pierwszej inicjacji alkoholowej.

– Tak. Powiedz mi jeszcze, co w firmie.

– Nie dopytują gdzie jestem?

– Pierdolisz… co znaczy, że się domyślają?

– Chrzanię to. Posłuchaj, teraz sprawa najważniejsza.

– Nie, nie o to chodzi. Tu i tak sprawdzają, jak na granicy z Meksykiem.

– Pogadaj z komendantem, dowiedz się, w jaki sposób można mnie stąd wyciągnąć.

– Ostrzegam cię. Jeśli mnie stąd nie wyciągniesz, powiem o tej dziwce, którą podobno znalazłeś podczas patrolu w zeszłym roku.

13.08.2014 godz. 08.07 

Palarnia, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Czemu nie było cię na obchodzie James? – zapytał Muzyk.

– Nie twój interes.

– Mój i nas wszystkich. Nie chcę, aby przez wybryki takiego fagasa jak ty, zamknęli nam palarnię.

– Od kiedy Muzyk jesteś taki podporządkowany? Na terapii pierdolisz anarchistyczne teksty, a boisz się ordynatora? Jesteś pierdolonym hipokrytą.

– Poglądy to jedna sprawa James. Mądrość to druga. Trzeba wiedzieć, kiedy odwaga zmienia się w głupotę.

– Gdybyś był mądry, nie byłbyś gwiazdą jednego przeboju. Swoją drogą ciekawe, ilu producentom musiałeś pociągnąć, aby zaczęli puszczać to gówno w radiu…

– Nie kłóćcie się panowie. Mam problem – wtrąciła się Frida*.

* Frida była malarką. Trafiła na oddział w związku ze swoją „pseudo” depresją i uzależnieniem od leków.

Znowu mnie naćpali taką dawką zamienników, że nagadałam głupot szefowi…

– W sensie… ordynatorowi?

– Tak. Poprosiłam go o przepustkę na święta. Podając datę jebłam rok…

– Tylko ty jesteś do tego zdolna.

– Ale jak będę miała odwiedziny brata mojej siostry, to on to wszystko naprostuje.

14.08.2014 godz. 16.00 

Gabinet psychologa, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Panie Kartofel, za parę dni opuszcza pan naszą placówkę. Jak pan się z tym faktem czuje?

– Źle.

– Co jest tego powodem?

– To, że opuszczam waszą placówkę.

– Może inaczej. Co czeka pana za bramami naszego ośrodka?

– Nic.

– Ma pan rodzinę, dzieci, żonę. Nie chciałby się pan z nimi zobaczyć?

– Nie.

– Co jest tego powodem?

– To, że znowu będę przyglądał się, jak moje dzieci jedzą makaron z ketchupem na obiad, a starsza z córek nosi kserowane podręczniki w reklamówce do szkoły.

– Nie uważa pan, że przestając pić, będzie mógł pan zmienić ich życie?

– Bądźmy szczerzy pani doktor. Ja nigdy nie przestanę pić.

15.08.2014 godz. 19.55 

Pokój nr 7 , Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

Brown enigmatycznie spoglądał przez okratowane okno. W pokoju słychać było jedynie przełykane przez Jamesa zielone oliwki.

– Nie przeszkadzam? – wyszeptała z dziewczęcym urokiem Lodziara, uchylając drzwi pokoju.

– Nie, oczywiście, że nie. Wejdź, choć z tego co wiem nie wolno przebywać nam w pokojach płci przeciwnych.

– Ja już niczym praktycznie nie ryzykuję James. Jutro z samego rana mam wypis.

– Nie chwaliłaś się na zajęciach.

– A jest czym? –  dziewczyna podeszła kokietującym krokiem do Jamesa. Spojrzała mu prosto w oczy, przegryzając lekko dolną wargę.

– Wszystko w porządku ? – zapytał lekko podenerwowany Brown.

– Nie. Chciałabym ci coś powiedzieć – odpowiedziała szeptem, rozpinając prawą dłonią rozporek komisarza.

– Co ty robisz?

– Poznałam wiele mężczyzn w tego typu miejscach. Zawsze każdy z nich, widział we mnie jedynie ładną, głęboką, zabawkę. Ty James, jesteś zupełnie inny – kontynuowała, wsuwając swoją prawą dłoń do rozpiętego rozporka i delikatnie masując krocze Inspektora.

Efekt działań Lodziary był natychmiastowy. James z trudem odrywał wzrok od małych piersi dziewczyny, schowanych pod obcisłą, czarną koszulką, z wytartym napisem Don’t stop believin „.

– Widzę w twoich oczach niesamowite ciepło, Jemes. Jesteś taki…

– Uspokój się! – krzyknął Brown i odepchnął od siebie „głęboką zabawkę”.

– Podejrzewałam, że tak zareagujesz. Chyba to jest w tobie najpiękniejsze.

Lodziara ponownie zbliżyła się do Jamesa i pocałowała go w usta. Zaraz potem spokojnym krokiem wyszła z pokoju. Zdezorientowany Inspektor jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w okno, walcząc z nadmierną szerokością swoich źrenic.

16.08.2014 godz. 15.03 

Kaplica, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Z Bogiem.

– „Z Bogiem” mówi się na koniec rozmowy, mój bracie.

– Sorry, chciałem być oryginalny.

– Jesteś katolikiem?

– Nie proszę Księdza, jestem agnostykiem.

– Nawet  ci co błądzą potrzebują, jak widać rozmowy.

– W sumie to po prostu bardzo mi się tutaj dłuży, a dawno nie nabijałem się z Kościoła.

– Jest w tobie dużo złości synu… Jak ci na imię?

– James, nazywam się James. Jedna prośba na początek, może będziemy sobie mówić po imieniu? Widzi Ksiądz, przyzwyczaiłem się do posiadania tylko jednego ojca.

– Dobrze, jestem duchowny Vito.

– Czołem, Vito. Gdzie masz kota?

– Nie rozumiem…

– Mniejsza… Widzisz Vito, chodzi o to, że zaczyna mi po prostu już tutaj palma odbijać.  A ty… no można powiedzieć, że pracujesz tu od dawna…

– Wolę określenie, niesienie posłania duchowego.

– Nazywaj to, jak chcesz. Faktem jest, że dostajesz za to pieniądze. Zmierzam do tego, że jesteś chyba jedyną osobą, która wchodzi na oddział bez kontroli tego, co wnosi.

– Chyba wiem do czego zmierzasz synu.

– Przeczucie, czy szef ci podpowiedział? Poza tym serio nie mów do mnie synu. Choćby ze względu na to, że jesteśmy w podobnym wieku – Inspektor podrapał się po skroni i nerwowo oddychając kontynuował.

– Chodzi o dostarczenie mi czegoś, co nie powinno się znaleźć na tym oddziale.

– James wiesz, że to niemożliwe.

– Nie wierzysz w cuda Vito?

– James jesteś na tak zwanym głodzie alkoholowym. Widziałem to w tym miejscu już wielokrotnie. Nie mogę zrobić tego, o co mnie prosisz. Może chcesz się pomodlić? Znajdziesz w rozmowie z Bogiem spokój i moc, która pozwoli ci przetrwać najtrudniejszy okres…

– Nie pierdol Vito. Nie proszę cię o przyniesienie butelki gorzały, tylko o przyniesienie mi małego torcika imieninowego od mojej babci, zawierającego w sobie butelkę gorzały. To chyba różnica?

– Nasza rozmowa nie ma sensu.

– Vito, jak zareaguje twoja parafia, jak jutro z samego rana, zaraz po mszy świętej zostaniesz wyprowadzony z plebani w kajdankach?

– Co proszę?

– Na biurku mojego kolegi z wydziału walki z pedofilią roi się od nierozwiązanych spraw. Wrobienie cię w charakter podejrzanego, to dla mnie jak splunąć.

17.08.2014 godz. 13.16 

Stołówka, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

Inspektor Brown od samego początku nie przepadał za jedzeniem kuchni Pani Wodnej Zupki. Z ranno wieczornymi mdłościami usiadł ze swoim plastikowym talerzem do popołudniowego posiłku. Inspektor swoją ucztę zaczynał od schematycznego już dylematu – posolić ziemniaki, czy kompot? W końcu smak tych rzeczy musi różnić się od siebie w jakikolwiek sposób. Jednak tego dnia kulinarne dywagacje Inspektora zostały przerwane przez palec, i to nie byle jaki palec. Jeden z osiłków* skierowanych na leczenie z nakazu sadowego bezpruderyjnie wcisnął swój tłusty palec w ziemniaki Jamesa, zadając grzeczne pytanie: „czy będziesz to jadł?”.

* Ten sam, który parę dni temu ciągnął laskę swojemu kryminalnemu kompanowi w kiblach.

Naturalnie Brown nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią. Jednym uderzeniem prawej pięści zaprosił delikwenta do tańca rumby z amelinową podłogą szpitalnej stołówki. Gdy tylko wielki mężczyzna runął na podłogę, Inspektor naskoczył na niego niczym na naćpanego byka i zaczął obkładać jego mordę plastikowym talerzem. Po trzecim uderzeniu talerz się złamał. Brown kontynuował swoją odpowiedź za pomocą gołej pieści. Pacjenci oddziału wpadli w panikę, niektórzy – głównie psychotropowcy – zaczęli śpiewać i klaskać. Zagubiona Frida wybuchła rozpaczliwym płaczem, nie przerywając przy tym spożywania posiłku. Spragniony wrażeń Boby z bananem na twarzy, zablokował drzwi wejściowe. Inspektor -niczym maszyna do pisania – wystukiwał na twarzy swojej niewychowanej ofiary odpowiedź na wcześniej zadane przez nią pytanie. Gdy pięść Jamesa zaczęła zmieniać kolor, a osiłek dostawał coraz większego okresu twarzy, z stołówki dobiegł krzyk drugiego z osiłków.

– On jest nosicielem!

Ciało Jamesa przeszedł zimny dreszcz, wywracający  wszystkie cebulki włosów na drugą stronę. Brown spojrzał na poprzecieraną skórę swojej prawej dłoni, po czym z obrzydzeniem na twarzy strzepał z niej resztki krwi homo twardziela.

18.08.2014 godz. 06.32 

Sala nr 6 – Izolatka, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.

– Pamiętasz sprawę tego Żyda spalonego w aucie?

– Trudno nie pamiętać.

– Szef chciałaby, abyś po swoim powrocie odgrzał te sprawę.

– A co ja Birkenau? Nie ma mowy. Z bieżącymi sprawami ledwo się wyrabiamy.

– Czemu trzymają cię w pasach?

– Wczoraj trochę narozrabiałem. Wieczorem mnie wypuszczą. Chyba.

– Nieźle mnie przetrzepali. Miałeś rację, że nawet w dupie setki bym ci nie przemycił.

– Powiedz mi lepiej jak sprawa, o którą cię prosiłem.

– Jest w toku. Gadałem już z szefostwem.

– Co znaczy kurwa „w toku”?! Chcę stąd wyjść, jak najszybciej!

– Szef sam nie może za dużo zrobić. Na razie załatwił ci możliwość wyjścia stąd w każdej chwili…

– Jak to możliwość wyjścia? Dopiero teraz mi o tym mówisz? Jaki z ciebie pojeb. Wołaj ordynatora!

– Spokojnie James, daj mi skończyć. Szef załatwił ci możliwość wyjścia stąd, ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Przerwanie leczenia jest równoznaczne z oddaniem odznaki. Nie możesz pracować do momentu ukończenia terapii i wydania pozytywnej opinii o zdolności wykonywania zawodu. Chyba chciałbyś jeszcze kiedyś nosić broń?

– Legalnie, czy nielegalnie, mała różnica.

– Nie bądź głupi, James. Poza tym daj mi trochę czasu, może uda się znaleźć jeszcze inne rozwiązanie. Czy naprawdę chęć nachlania się jest większa od twojej przyszłości, a właściwie całego życia? Jak się wypiszesz, a co za tym idzie wrócisz do nałogu, przekreślisz nie tylko swoją przyszłość, ale wszystko, co do tej pory dokonałeś. Jesteś świetnym gliną James, nie spierdol tego dla chwili przyjemności.

– Przepraszam, że panom przeszkadzam, ale przyszedł Ksiądz z Komunią Świętą. Twierdzi, że się umawiał z panem, panie James – wtrąciła pielęgniarka „kukając” do sali, z miną zmartwychwstałego ateisty.

19.08.2014 godz. 00.05 

Toalety publiczne, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.  

James zaraz po wyjściu z izolatki zabrał pod szlafrok zawiniątko ubrudzone resztkami kremu z truskawkowego ciasta i udał się do toalet. Zamknął się w jednej z najbardziej ustronnych i usiadł na podłodze na przeciwko muszli. Na opuszczonej klapie postawił pozłacaną butelkę młodej whisky z marketu. Przez chwilę przyglądał się zamkniętej w naczyniu cieczy, wypełniając przy tym swoją głowę podniecającymi projekcjami. Wyciągnął z kieszeni świeżą paczkę papierosów. Po chwili, nie zwracając uwagi na wszechobecne tabliczki dotyczące zakazu palenia w toaletach, wypuszczał już gęste kłęby nikotynowego dymu. Inspektor zdecydowanym ruchem chwycił za butelkę. W jednej chwili jego niebotyczne projekcje zaczęły mieszać się z przeraźliwym lękiem.  W głowie Jamesa rozpoczęła się wojna setek tysięcy myśli, które rozpruwając sobie aorty walczyły z decyzją otwarcia butelki z magiczną cieczą.

Ulżyj sobie. Dość wycierpiałeś w tym kurewskim miejscu.

Spierdolisz wszystko, co osiągnąłeś do tej pory.

Tylko ten jeden wieczór. Przecież jutro nie będziesz miał możliwości dalszego picia.

Nigdy już nie odzyskasz odznaki.

Napij się! To doda ci odwagi, aby się jutro stąd wypisać!

Co szkodzi ci spróbować przejść do końca terapię?

Spróbuj smaku, za którym tak bardzo się stęskniłeś.

Wyczują alkohol od razu. Zrobisz z siebie pośmiewisko na cały oddział.

A może nie jesteś alkoholikiem? Każdy by pił, gdyby przeżył to co ty!

Jeśli nie jesteś alkoholikiem, możesz sobie teraz bez problemu odmówić tego alkoholu.

Jeśli i tak zamierzasz pić po terapii, to czemu tego nie przyspieszyć?

Zobacz ile rzeczy już straciłeś. Po co chcesz tracić kolejne?

Bez tego co straciłeś i tak nie będziesz już szczęśliwy. Teraz już tylko alkohol może ci dać radość.

Zabijesz się!

Uprzyjemnisz sobie resztę życia!

Pij to kurwa, aby zgasić ten mętlik myśli w głowie!

Wylej to kurwa, nie będziesz miał powodów do projekcji tych popierdolonych myśli!

Inspektor zagryzając wargi, zaciskał butelkę w dłoniach. Z jego ciała sączyły się potoki potu. Z jego oczu płynęły łzy. Jednym ruchem lewej ręki zerwał plastikową klapę z muszli. Następnie odkręcił butelkę i wylał jej zawartość do kibla. Resztkami sił spuścił wodę i głęboko oddychając, osunął się na podłogę. Poczuł ulgę.

20.08.2014 godz. 15.15 

Palarnia, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York.  

– Słyszałem o kolesiu,  którego stara zamknęła w chacie na dziesiątym piętrze. Zabrała z domu wszystkie koszyki, garnki, sznurki i linki, aby nikt mu nie dostarczył w żaden sposób alkoholu przez okno. Była wielce zdziwiona jak wracała do chaty, a on i tak non stop był najebany. Okazało się, że sąsiad przez dziurkę od klucza poił go gorzałą za pomocą rurki z McDonald’sa.

– A ja słyszałem Boby o alkoholiku, który jadąc radiowozem na komisariat wytrąbił policjantom płyny odkażające na spirytusie z apteczki – wtrącił Muzyk.

– Swoją drogą zastanawialiście się kiedyś nad takimi hazardzistami? Nałóg jak nałóg, specjalnie życiem nie ryzykują.

– Mylisz się Boby, znałem kiedyś takiego jednego hazardzistę. Kiedy nie miał już za co grać, to aby dostarczyć sobie adrenaliny grał w ruletkę z Bogiem. Ryzykując przy tym swoje życie.

– Mów jaśniej Muzyk.

– No… na przykład jechał setką na czołowe z tirem, zjeżdżając na swój pas w ostatniej chwili. Często stawał na parapecie swojego mieszkania na ostatnim piętrze i balansował ciałem. Zginę, albo nie zginę. Wygram, albo nie wygram. Z resztą większość hazardzistów prędzej, czy później z bezsilności związanej z długami popełnia samobójstwo. Choć dokładniejsze statystyki zna chyba James. James, co z tobą? W ogóle się dzisiaj nie odzywasz.

– Nie, nic. Nie ważne. Miałem ciężką noc.

21.08.2014 godz. 15.42 

Gabinet psychologa, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Wie pan, panie Muzyk, że z pańskim narcyzmem, prędzej czy później wróci pan do nałogu.

– To tylko półpancerzyk. Potrzebny dla mediów.

– Wykorzystuje go pan jednak w życiu codziennym.

– Bo tak mi jest łatwiej funkcjonować w tej szarej rzeczywistości.

– Moim zdaniem ucieka pan od prawdy. Boi się pan oceny innych ludzi.

– Sram na ocenę innych ludzi. Co by nie mówili i tak wiem, że jestem idealny.

– Pod maską pozorów kryje się moim zdaniem strachliwy człowieczek, o niskim poczuciu własnej wartości.

– Może ma pani doktor rację. Mimo tego, że jest pani kobietą.

– Wróćmy może do kwestii pana stosunku do relacji damsko męskich. Traktuje pan kobiety bardzo instrumentalnie lub… zaryzykuje stwierdzenie, że chce pan, aby tak to wyglądało. Wykazuje pan cechy zachowawcze osób z zaburzeniami seksualnymi.

– Fakt. Lubię perwersje i nie nowatorskie zabawy…

– Źle mnie pan zrozumiał. Mówię w tym momencie o osobach, na przykład cierpiących na impotencję.

– Chce mnie pani sprowokować? Nawet na tym mało wygodnym stoliku terapeutycznym mogę pani pokazać na co mnie stać.

– Czemu to pana tak zabolało? Co chce pan mi udowodnić? A może raczej sobie?

– Nikomu nie muszę nic udowadniać. Wystarczy, że przeczyta pani sobie pierwszy lepszy brukowiec. W każdym znajdzie pani doktor choć jedną aferę seksualną z moim udziałem.

– Wróćmy może do pana problemu z alkoholem i narkotykami. Chce pan przestać pić i ćpać?

– Tak, po to tu jestem.

– Wydaje mi się , że zdecydował się pan na leczenie tylko po to, aby media miały znowu co o panu pisać. W rzeczywistości pasuje panu takie życie, w czynnym nałogu.

– Jak tak pani słucham, to stwierdzam, że może mieć pani rację, pomimo swojej płci. Cholera, wy jesteście tu po to, aby leczyć, czy zniechęcać?

– Moim celem jest pomoc w znalezieniu w panu wewnętrznej, prawdziwej motywacji do trzeźwego życia.

– Mogę panią zacytować w moim  najbliższym wywiadzie?

– Widzę, że jeśli oczywiście wcześniej sam pan nie zrezygnuje, to czeka nas jeszcze długa droga.

22.08.2014 godz. 20.52 

Palarnia, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Halo?

– To ja. Nie uwierzysz, co teraz robię!

– Lodziara? Jak mija życie na wolności? – zapytał zaskoczony telefonem James.

– Właśnie obaliłam drugą butelkę szampana! Wpadaj do mnie!

– Lodziara, kurcze, nie powinnaś. Zadzwoń może do jakiegoś terapeuty albo…

– James wypisuj się i przyjeżdżaj do mnie! Mam na sobie tylko czarną bieliznę. Będzie zabawa!

– Słuchaj, nie powinniśmy chyba rozmawiać. Zadzwoń do mnie rano, jak wytrzeźwiejesz.

23.08.2014 godz. 19.42 

Gabinet psychologa, Szpital Psychiatryczny im. Billa Wilsona, Nowy York. 

– Witam na kolejnym spotkaniu, panie James.

– Witam panią doktor.

– Na dzisiejszym spotkaniu chciałabym, abyśmy zajęli się rzeczami, które mogą panu utrudniać życie w trzeźwości.

– Czyli, praktycznie wszystkim.

– Myślę, że nie jest tak źle jakby się panu wydawało. Istnieją sytuacje, osoby, poglądy, które…

Wypowiedź lekarki przerwało gwałtowne otwarcie się drzwi gabinetu. Do pokoju weszła mało urodziwa oddziałowa, której wzrok zmieniał pacjentów w impotentów i schizofreników.

– Przepraszam, że przerywam sesję pani doktor, ale pan James jest proszony w trybie pilnym do pana ordynatora…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: