„But w butonierce” – dramat teatralny

KONFERANSJER

  Dzień dobry moi kochani.

  Tu, do nowego świata wygnani.

    POETA

Kto to? To to? Co to ? Kto to? Kim jesteś błaźnie blady?

Czy to ty? Ten kto będzie karać za me ludzkie wady?

Tyś mnie zesłał tutaj! Zaraz moja gorycz minie…

KONFERANSJER

Proszę was! Zesłano Cię do mnie mój paniczu, a nie przeze mnie.

Na nic twa agresja kipi, na nic brwi unosisz ponad oczy.

Proszę was! Błagam, każdy tutaj, w czyśćcu tak kulawo kroczy.

   POETA

Ty potworze, dziatwo szeleszcząca co wzrok mój kuje…

KONFERANSJER

Ja potworem? Chyba w twojej głowie fałszywy fałsz się snuje.

Mój ty paniczu, a kto morduje drzewa aby trumny robić?

Mój ty panie, czemu martwe drzewa ludzkie ciała mają zdobić?

Mój ty, mordujecie bo tak trzeba. Człowiek, trumna, potem gleba.

 POETA

Mam pytanie dziwny władco, czy to piekło jest czy czyściec?

 KONFERANSJER

Mój Panie to, to drugie,  stąd się nie da uciec, wybiec czy wściec.

Gdy grzechy swoje pojmiecie, to wtedy do końca se umrzecie…

 POETA

           Czyli jest wyjście. Błagam, proszę powiecie?

 KONFERANSJER

Sam musisz swoich błędów się dopatrzyć, ta wiedza powinna Ci wystarczyć.

  POETA

Trzy sylaby, o trzy za dużo… Możesz znów zatańczyć?

(Konferansjer tańczy z Poeta piekielne tango, światła gasną.

Na scenie zostaje tylko poeta leżący obok butelki whisky

i rozrzuconych kartek papieru.)

  STARZEC

(Przejeżdża przez scenę na wózku inwalidzkim w asyście młodego mężczyzny. Zatrzymują się oboje na środku sceny i starzec krzyczy do widowni.)

             Spektakl trwa, to nie gra!

                     (Mężczyźni znikają za kotarą.)

  POETA

                 (przerzucając kartki papieru leżące na scenie)

       Bezsilność, słabość, rozteryczne rozterki rozważań,

       w pokoju pełnym dymu, alkoholu i kazań.

       Mówimy słowa tylko aby je mówić.

       Dobieramy wyrażenia aby wątku nie zgubić.

       Mówimy słowa tylko aby je mówić.

       Dobieramy synonimy aby wątku nie zgubić.

       Mówimy słowa tylko aby je mówić.

       Dobieramy neologizm aby wątku nie zgubić.

       Mówimy słowa tylko aby je mówić!

       Dobieramy proste słowa aby nie zgubić…

                  (Tańcząc na scenę wchodzi Baletnica)

             BALETNICA

Cóż to? Znowu czarną odpowiedź zgubiłeś?

Całą wypłatę duszy w książkach przepiłeś.

Chciałeś być jak dobry Werter sercem czysty.

Tymczasem twe życie to obrazek mglisty.

Myślałeś cierpieniem  swe cele wywalczę.

Problemy szklanymi kieliszkami zwalczę.

Tymczasem rutyna jak jama Cię wcięła.

Dekadencja za lewą rączkę Cię wzięła.

Tymczasem ja, no cóż… Tymczasem ja żyłam.

Pozorny balet na sumieniu tańczyłam.

Ochoczo grałam na męskich instrumentach.

Kąpałam się w materialności miętach.

Oczka robiłam kiedy z ludzi kpiłam,

a po wszystkim mówiłam: „A nie mówiłam?”

               POETA

Jesteś wcieleniem złego, femme fatalnego…

             BALETNICA

Nie femme fatalnego, ale równie złego.

Jestem lepką, słodką, scukrzoną landrynką,

która uwielbia kieliszki brudzić szminką.

Jestem jak likier w cukrowej zalewie,

mieszkam w pałacu, kiedy wy w chlewie.

               POETA

Niech słońce zimą topi twój próżny, dziecinny cukier.

Niech twe mdlące słodkie sumienie zmieni się w lukier.

Zdejmij róż z twarzy! Siądź i porozmawiaj ze mną…

Napij się, zapal. Opowiem Ci mą historię denną.

             BALETNICA

Ja nie palę aby przeszłość powspominać.

Ja nie piję aby przeszłość poprzeklinać.

Bo ja nie mam butonierki przykrych wspomnień,

Pan to żyłeś jak knot, ja płomień.

                POETA

Cóż za próżność! Za to teraz tutaj siedzisz!

Przez to radosna jesteś, przez to słodkie bzdury bredzisz.

Brak braku nieobecny, brak logiki w twoich czynach.

Lecz mam lepszy pomysł, popływajmy w twoich winach.

Usiądźmy i zasmućmy się twą karygodną zbrodnią.

Weź kieliszek z winem, zachwyć się różaną wonią.

Choć tu do mnie. Przecie dojrzałaś do swych błędów wreszcie.

              BALETNICA

Nadal jadam w landrynkowym mieście.

Jakich błędów? Niech Pan sobie ze mnie nie kpi.

Niech Pan raz a dobrze do łba sobie wlepi,

Że ja żyje choć umarłam, bo tak kocham…

                POETA

                 Co?

              BALETNICA

                                                                                                   Życie.

(Głośny motyw muzyczny połączony z dźwiękiem wystrzałów karabinów. Na scenę wbiega żołnierz, za nim bladzi generałowie w mundurach. Żołnierz salutuje dowódcom i stojąc na baczność rozpoczyna  kwestię .)

               ŻOŁNIERZ

Tylko woda oceanów pamięta statki których już nie ma

Niech lekka będzie ziemia dla ludzi których już z nami nie ma

Przerost formy nad treścią, kłamstwo wojenne dotknęło każdego

Powiedźcie mi sami, lepiej zabić wroga niż siebie samego?

                POETA

Barokowy przerost formy nad treścią to problemat

Problemat ścinający głowy artystą niczym kat

               ŻOŁNIERZ

Nie przerywaj mi zabawny strachem zniewieściały artysto

Wy książki chowaliście gdy ja walczyłem wśród ołowiu mglisto

Wy strachliwe artysty recytujące wiersze w piwnicach

Kiedy ja kąpałem się w wosku moich towarzyszy zniczach

W ciężkim, żeliwnym hełmie ja strzelałem za mocą rozkazu

Kiedy wy po kątach poezje pisaliście mimo zakazu.

                 POETA

My tworząc walczyliśmy, bo my uśmiercać nie chcemy

Odbierać życie jedynie samobójstwem umiemy

                ŻOŁNIERZ

Odwagi analfabetami jesteście, tchórzliwe ofermy

Zniewieściałe baby, kokietki warte jedynie wroga spermy

( Generałowie szarpią się z żołnierzem, wydają mu rozkazach w różnych językach. Wydzierają go sobie z rąk. )

                  STARZEC

(Przejeżdża przez scenę na wózku inwalidzkim w asyście

młodego mężczyzny. Zatrzymują się oboje na środku sceny

i starzec krzyczy do widowni.)

     Spektakl trwa, to nie gra!

        (Mężczyźni znikają za kotarą.)

                 POETA

Kim on jest  że tutaj siedzi? Za kogo on się uważa?

               BALETNICA

To patriotyzm, najgłupszym się przydarza

                 POETA

Nie uwierzę choć zwątpiłem. Za miłość tutaj siedzi?

               BALETNICA

Żołnierz maszyną do zabijania śmierdzi

Czemu ty mnie pytasz, mnie to nie obchodzi

Chcesz, jego pytaj. O litość mi nie chodzi

                 POETA

A tyś kim jest kolejny czarny dziwaku twarzą blady

                ŻOŁNIERZ

       (wyrywając się na moment z rąk  generałów)

Maciuś, Piotruś i Karolek to cichutkie dzieci tej ballady

Bo ja żołnierz królewski cara, ja strzelam do tych dzieci

Ja niemrawo i dla hecy ich zwłoki przerzucam tam na śmieci

                  POETA

Ty żeś zabił ciała, ty nie tu a w piekle musisz

                ŻOŁNIERZ

Nie ty a stworzyciel decyduje, do niczego mnie nie zmusisz

Mi strzelać nie proszono a wręcz kazano

Ja nie znałem ofiar mych twarzy. Strzelać – takie słowo mi dano

                  POETA

Tak więc twierdzisz że twoja dusza czysta i niewinna

Cóż za pozorna boża sprawiedliwość kota zwinna

                BALETNICA

On za głupi aby zabić nienawiścią

On wykorzystany był cudzą zawiścią

                  POETA

Nie winny winy winowajstwa winnej cudzej śmierci

Od niesprawiedliwości coś się we mnie złego wierci

                BALETNICA

Nie bezkarny, przecie nie w niebie se siedzi

Pewnie na zawsze już w czyśćcu zabiedzi

                  POETA

Zawsze? Łgarstewka bredzisz, przecież każdy stąd wyjść może

Winę swą odkryje, poczuje swoich grzechów zorze

                BALETNICA

On za głupi na to, tyś na to za mądry

Ja natomiast to obrazek życia krnąbrny

(Baletnica , żołnierz i pozostali wojskowi schodzą ze sceny. Poeta rozpoczyna swój monolog do Boga, w trakcie którego na scenie pojawia się Konferansjer palący papierosa.)

                  POETA

Nie wiem czym się ludzie cieszą, ty że za życia grzeszą?

Tym że w słowie, grotesce próżności się ośmieszą?

Roślinki i nasiona. Nic nie myślą, nic nie widzą.

W garnku zardzewiałym od pokoleń sobie siedzą.

Wodę czernicy z die quelle przeszłości se sączą.

Smucą się, piją se, płaczą se, nucą se, tną se, se kończą…

Ja przecież mowie do was jak prymityw i piętaszek!

Ten, co pióra mową z pod rynny tam pod daszek,

buduje mowę skrzydlastą, zapachem mlecznych kaszek.

Waniliowe słowa wam pisze atramentem białym.

Uprzejmie serdeczności serdeczność miłą jam całym…

A ty nic, a wy nic! Wszystkie słowa me dobre za nic!

Gdybym ja jak Bóg został łgarzem nie znającym granic…

Czym jest kłamstwo wobec całości kłamstewka istnienia?

Słyszysz pociągi? Czujesz węgiel? – to tylko marzenia.

Zwidy i oszukane utopie grzechu nie warte.

Odwróć wreszcie na stole leżąca pikową kartę!

Niech Cię ona kątem kuje w serce i płuca.

Łgarstwo i mezalians prawdy człowieka mężnie zasmuca.

Dlaczego płaczesz aktorze stworzyciela opery…

Tu, gdzie tak lawendą pachną przegniłe kłamstwem sery.

Skończcie łgać idioci! Nie oszukujmy kur waginy!

Przestań prymitywie teatru robić greckie miny!

Waginy, którą dziewica na pchlim targu sprzedała,

Za worek cyny cynizmu ciało swoje oddała.

Żadne zdanie, litera, słowo i słowa sylaba,

nie odda w pełni tego co me kłamstwo i zdrada.

Człowiek jest maszyną fałszu w mej szklanej fabryce.

Fabryce gdzie wszystko przezroczyste, zhańbione brudem me lice.

Kim jestem aby was osadzać… Niżej mnie nie zrzucaj!

Może to jest powodem mej obecności tutaj…

Zaraz, moment. Jam okruch nędzny przy tobie Panie.

Dlaczego więc nie odpowiadasz na moje wezwanie?

Proszę, błagam Cię Najwyższy! Ja już pamięć zatracam!

Rachunek życia powoli nożem spłacam skracam…

Ja sam już nie wiem łaskawy Ojcze czym zawiniłem.

Czy tym że w dekadencji piłem? Żyłem? Tańczyłem?

Czy tym że smutną miną się śmiałem, znając oklaski.

Słyszysz Boże aktorów twojego teatru wrzaski?!

Bez didaskalii sztukę mi napisałeś mój panie…

Mnie znudził się twój teatr i męczy mnie w nim granie.

Spalone włosy, paznokcie… – zachęcające danie?

Tak więc jedzmy ostaną naszą, ba waszą wieczerze!

Pyszności, spróbuj wątróbki. – przy stole powiem szczerze.

Smakołyki, mózgi, serca, płuca, no i wątróbki.

Szacunek dla ostatniej, to ona cierpi za smutki.

Obrzydliwość litości twojego, Pana oblicza.

Pijany pisarz poeta szare myśli swe zlicza.

              KONFERANSJER

Ja Ci na te pyłki okruszków szeptając i krzycząc odpowiem

Teodycea żartu może w końcu twoich win się dowiem

Niech zabrzmią organy, czarne róże i krew mężczyźni szykują

Niech zachrypłe ballady bardów balkonowych muzą nas kują

Pokłoń się artysto słaby, twoja wena, powód grzechu wita

(Na scenę wchodzi Fam Fatal, trzyma w ręku album z starymi fotografiami.  Wojskowi wchodzą zaraz za nią nisko się przy tym kłaniając, próżna baletnica nie zwraca na nią uwagi.)

              KONFERANSJER

Witam piękne ciało w duszy pozornie pięknej, czy już świta?

                 POETA

Ty tutaj, niemożliwe nie rozumiem o co chodzi

Znów realia marzeń mnie nachodzą, wyjdź! Nie wychodzi

               FAM FATAL

Nie przyszłam tu z własnej woli

Patrzenie na ciebie mnie boli

Proszę porozmawiajmy milcząc

                 POETA

Nie, nie zasypuj siarczystym suchym piaskiem pustyni

Gdzie dusze zwęgloną pochowałem znów mnie bóg wini

                FAM FATAL

Żałosnością ociekasz panie

Nadzieja to niestrawne danie

                  POETA

Lecz ja cię żyjąc kochałem Fam Fatalna istoto

Spojrzenia twe dla mnie szaleńczo cenniejsze niż złoto

Tyś dla mnie krwią dudniącą w aorcie cicho była

Która skrzepła i żyły popruła żal wyszyła

Ja jak żołnierz o twe względy walczyłem

Dzwony mych katedr na armatnie kule przetopiłem

Dziś tutaj klękam i znów błagam o twe spojrzenie

Proszę o jedno czarna madonno, twe zrozumienie

               FAM FATAL

Nic nie wiesz biedny nieszczęśniku

Fam Fatalizm we mnie bez liku

Ty jego męskości ofiarą

Pomrzesz sobie swą wiarą

Na złość zawsze do serca trafie

Nic z tym zrobić nie potrafię

Ty cierpisz ja w tym z tobą

Lek zastanowić się nad sobą

                 POETA

Miażdżysz nasze męskie serca nie udawaj współczucia

Nie masz w swej piękności poezji za grosz wyczucia

Fatalny fam fatalizm fam fatalności z ciebie

Na szczęście bóg nie znalazł miejsca dla takich w niebie

               FAM FATAL

Wyżywaj się na mnie szeptając

Ty prawdy mej winy nie znając

Przyznaje się że cię skrzywdziłam

Wiem dobrze że żyjąc zgrzeszyłam

Mimo że mą karę wypiłam

Nawet tu się nie zmieniłam

                 POETA

Czy odbierzesz mej fotografii kolor czarno biały?

Pozwolisz by w ciele robaki szachiście grały?

(Fam Fatal podpala album ze zdjęciami, w tle energiczny motyw muzyczny; Konferansjer klaszcząc w dłonie wbiega na środek sceny.)

  STARZEC

(Przejeżdża przez scenę na wózku inwalidzkim w asyście młodego mężczyzny. Zatrzymują się oboje na środku sceny i starzec krzyczy do widowni.)

 Spektakl trwa, to nie gra!

(Mężczyźni znikają za kotarą.)

KONFERANSJER

Zacznijmy lekcje temat: jak działa człowieczy zdrady mechanizm

Czy na niewyżytą namiętność jest odporny ludzki organizm

Każdy normalny człowiek jak i zwykłe zwierze dopuszcza się zdrady

Wszelako na różne sposoby nie zbadane zboczeń ogrody

Ogrody pełne roślin sztywnych prąci i przepachniałych kwiatów

Chwila szczęścia droższa od konsekwencji nienarodzonych katów

Uczucie załamane religii już nie ma grzech ciała spłodzony

Potem zabijacie ciało w ciele ty człowieku zdradzony

Zdrady kobiety mężczyzny machina podnieceniem pojona

Zrywanie ubrań dotyk rozkoszy twa jasna skóra spocona

Igraszek zabawa rozkoszy zastawy orgazmu radości

Od waszych grzesznych niemych gimnastyk cielesnych zgrzytają kości

(Wchodzi ciężarna stara zakonnica.)

             ZAKONNICA

Pociąg do niebios mi uciekł, zadania szkolnego też nie mam przepraszam za spóźnienie

Mój panie, robiłam co w mej mocy, jednak bóg nie zgodził się na poronienie

                 KONFERANSJER

Tego brakowało na tej lekcji ladacznica w habicie

Groteski wymiociny to lepsze niż noworodków swych bicie

Ściera i święta szmata siadaj spóźniona istoto

Obrzydliwie piękna tyś szatana zgubiona święta sieroto

                  ZAKONNICA

Religia, w fałsz wierzyłam i gdy raz się pomyliłam to zrozumiałam jak żyłam

                KONFERANSJER

Tyś tak piękna, ty mój ciężarny aniele jedną rade ci dam

W kłamstwie wygodnym żyłaś, nie fałszuj swych namiętności pragnień

Nie dorosłaś stara dziewczyneczko do tego typu zagadnień

W Jezusie Chrystusie dzieciątko spłodziłaś, tak bardzo zbłądziłaś

                KONFERANSJER

Strata i utrata, śmierć i zgon jest swoistym czynem

Nie ważne czy szlachetna i skropiona krzepnącym czerni płynem

Choć wy ludzie często z głupoty umieracie mankamentnie

Dlaczego straszny strach bojaźni przed końcem tak skrywacie skrzętnie

Jak korybuty wiśniowieckie umieracie dławiąc się karmą

Dławiąc się przez śmiech z pijanej małpy wina kolorów gamą

 (Na scenie pojawia się starzec na wózku, ten sam który wcześniej przejeżdżał przez scenę. Tym razem nie jest już ubrany w piżamę a w elegancki garnitur, muszkę i nie ma asysty młodego mężczyzny.)

                   STARZEC

Gdzie ja jestem? Czyż to niebo? Czyż to piekło? Boże gdzie anioły

                 KONFERANSJER

Witam w mym podziemnym raju. Adam Nagi, Ewa naga, Bóg tu goły

                    POETA

O trzy sylaby, trzy za dużo możesz znów zatańczyć?

                 KONFERANSJER

Milcz poeto, znów się czepiasz. A ty stary starcze czemu zwlekasz

                    STARZEC

Ja umarłem, lecz gdzie jestem? Zgon czyli istnieje świat po świecie

Czyli religijni łgarze i błazny psychomachi to nie śmiecie

Lecz ni piekło to ni niebo. Wiec powiedzcie to czyściec czysty?

                     POETA

Każdy kto tu trafia nie jest w grzechu przezroczysty

                  KONFERANSJER

Slau! Brawo! Wreszcie coś rozumiesz, lecz nie twoja kolej teraz

                    STARZEC

Zawiniłem? Lecz czym władco, owszem przysypiałem na mszy nie raz

                  KONFERANSJER

Ty wybaczyć nie umiałeś. Twoja duma silna jak nowotwór

Po kastylijskiej śmierci nadal uważasz że twój syn to potwór

                     STARZEC

O niego chodzi. Jego szyderstwo nawet tutaj mnie nachodzi

Przez lata o mnie nie pamiętał, wybaczyć nie uchodzi

                   KONFERANSJER

Gdy ty na łożu śmierci byłeś on uznał że się nie myliłeś

                     STARZEC

Pomyliłeś się za dużo naiwności szatanie wypiłeś

Pierworodny, on nie nade mną czuwał a nad moją spuścizną

                   KONFERANSJER

Fałsz, prosił ciebie o wybaczenie znowu zasłaniasz prawdę blizną

Ty mu go nie dałeś, zapisałeś mu tylko stary krusz ganek

Podziękuj, pomogłem ci znaleźć kluczyk do czyśćca twych kajdanek

                      POETA

Jeśli mu pomogłeś to i niech pan pomóc mi raczy

                   KONFERANSJER

Pomogłem bo o to nie prosił i tak synowi nie wybaczy

                      POETA

To prawie jak proces Franca Kafki

Od niedomówień i niejasności dostaje już czkawki!

                   KONFERANSJER

O trzy sylaby, trzy za mało. Możesz znów zatańczyć?

               FAM FATAL

Ba! Tyś nie szatan jest a dusza!

                 POETA

Znam twój podstęp zmarły zwykły człeku, zarazy kusza

               ZAKONNICA

Że ja duchowna wcześniej nie postrzegłam obecności diabła w czyśćcu być nie może

                ŻOŁNIERZ

Ty jak my cierpisz tu monotonnie karę za swych grzechów morze

                STARZEC

Kim żeś był braciszku za życia że tu na diabła się kreujesz?

                BALETNICA

Nie sobie a nam odpowiedzi znajdujesz

                  POETA

Teraz mów kim byłeś wcześniej i kim jesteś teraz szary cieniu

               KONFERANSJER

          (Rozbiera się z fraku, zrezygnowany)

       Spowiadać wam się nie muszę

       Ale powiem wam prawdę

       Nigdy nie wierzyłem w ludzką duszę

                 ZAKONNICA

Stracił wiarę we wszystko co go otacza, niech teraz chaos na naszą scenę wkracza

                   POETA

Nie! Jeszcze nie teraz, jedna do wyjaśnienia rzecz mi została

Biedna tyś aktorzyna która dla pustych krzeseł smutnie grała

Zanim mrok znów zaświeci powiedz mą winę, powiedz co zrobiłem

                KONFERANSJER

Gdy się dowiesz we mnie się zmienisz, ja we wszystko tutaj zwątpiłem

                    POETA

Bóg to parafraza dobroci. Mów! Daj mi skończyć książkę pisać!

                KONFERANSJER

Ty już mną jesteś, więc odpowiedź już słychać.

(Gasną światła, po chwili się zapalają. Na scenie zostaje tylko poeta, Fam fatal i Konferansjer. Poeta pisze na maszynie przy stoliku, Fam Fatal siedzi mu na kolanach. Konferansjer leży pod stołem śmiejąc się.)

                KONFERANSJER

Poddałeś się myśląc że z czyśćca życia ludzkiego wyjdziesz

(Wstaje i podchodzi do piszącego Poety. Całuje go w usta i powoli schodzi ze sceny. Poeta wyjmuje z szuflady biurka rewolwer i płacząc celuje sobie w skroń. Konferansjer obraca się jeszcze na moment)

               KONFERANSJER

                   (szepcząc)

Nie poszanowałeś życia, zgnijesz teraz tutaj bez grzechów krycia

(Zaraz po tym pada strzał światła na moment gasną, aby po chwili znowu się zapalić. W tle słychać mroczną, z pozoru wesołą muzykę, wszystkie postacie wchodzą na scenę i wykonują indywidualne czynności mówiąc swoje kwestie.)

                       POETA

Szeleszczą wskazówki, czas, tutaj ja go mam bez końca

Nicość już do mnie nie przyśle z aktem zgonu gońca.

Właściwie szczęściem ludzi winnych jest obecność tutaj.

                      BALETNICA

Za to wiecznie słyszysz słowo: szukaj! Szukaj!

                        STARZEC

              Spektakl trwa, to nie gra!

                       ZAKONNICA

Wiara w stworzycieli i nad bogów jest pustym pocieszaniem swojej egzystencji

Prawda kłamstwa koszerna jest taka że nigdy nie doczekacie się Boga audiencji

Nigdy nie wierzcie wiarygodnie w nic do końca moi wierzący bracia i siostry

Nieistniejący Bóg niczym malarz nagi namalował swój obraz kolorem ostry

Wiecie że wasz złowrogo dobry stworzyciel stworzył gwałty, choroby, ból i cierpienie

Bluźnierstwa mego Bóg w niebie i tak nie słyszy, przez was się teraz znowu rumienię

                          KONFERANSJER

Czas zakończyć przedstawienie, do kogo należy ludzkie istnienie?

BALETNICA

Bóg stworzył świat przyjemności pełen pokus

Nie widzimy że w ogródku rośnie krokus

My materialni ludzie na to za płytcy

Zwykłej prostoty nie cenimy już wszyscy

Więc bawmy się przez życie pijąc i tańcząc

Przez cały żywot ludzkie zachcianki niańcząc

Życie za krótkie aby się martwić innymi

Pijcie wino, skaczcie, nie bądźcie sennymi

  KONFERANCJER

Kropla zagłady wytrze nasze ludzkie wady!

STARZEC

Ludzie to psy, zwierzęta dzikie, człowiek człowiekowi maszkarą

Jeden drugiego obdarowuję afizyczną wciąż karą

Od zwierząt różnimy się tym że nie potrafimy żyć w stadzie

Dobranoc wam teraz mówię, zaśnijcie w swym cielesnym sadzie

ŻOŁNIERZ

Wojna, polityka, władza i wszystko inne co złe i silne

Pozwalają nam grzeszyć bez bożej zgody, instytucje mylne

Każdy człowieczy grzech na ziemi zawsze usprawiedliwić można

Prawne prawo zakłamane w kłamstwie to mentalność bezbożna

KONFERANCJER

Czas zakończyć głupią grę, dlaczego znów wytarłeś łzę?

KONFERANCJER

Zdrada to osobliwie ludzka wada, kto kolejne pytanie mi zada?

FAM FATAL

Ten męski sentymentalizm

I nasz kobiecy fan fatalizm

Nie znający sumienia granic

Wszystkie twoje słowa mi za nic

Miłość to fałszywe uczucie

Naiwni czują serca kłucie

Miłość to tylko ludzka chciwość

Chęć  posiadania, gdzie uczciwość?

BALETNICA

Te same gesty powtarzamy, choć w ogóle się nie znamy!

STARZEC

Spektakl trwa! To nie gra!

POETA

Tylko profesja artysty zostawia coś po sobie

Twoje dzieła artysty wciąż żyją kiedyś już w grobie

Nawet jeśli wszystko zbyt sylabicznie przeżywamy

To my najmniej za życia fałszem w teatrze gramy

STARZEC

Spektakl trwa! To nie gra!

KONFERANSJER

Tak więc kończę spektakl w spektakularny sposób

KONFERANSJER

Bo przecież i tak się nie dowiecie tego co już od dawna wiecie

KONFERANSJER

Stacja czternasta, Pan Jezus przyznaje się do farsy!

KONIEC

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: