„Scenariusze po rewolucji” – czyli dlaczego czarne charaktery są ciekawsze od głównej obsady obrazu?

czarne charakteryORG.jpg

Nie taki diabeł straszny.

Oczywistą rzeczą jest, że świat kinematografii permanentnie się zmienia i ewoluuje. Nie mówię w tym momencie o zmianach dotyczących coraz bardziej realistycznych efektów specjalnych, czy coraz to nowszych metodach charakteryzacji. Mowa o współczesnych scenariuszach do szeroko rozumianych obrazów. Wraz z odejściem pisarzy od tzw. „scenariuszy kluczy” mamy do czynienia ze zjawiskiem trendu w sposobach prowadzenia historii. Jednym z takich trendów jest „kult czarnego charakteru”. Kiedyś w produkcjach filmowych – poprzez stosowanie psychologicznych zagrywek – starano się obudzić w odbiorcach bardzo jednoznaczne podejście do bohaterów historii. Coś jest czarne albo białe. Główny bohater jest zajebiście dobry i idealny, czarny charakter jest do szpiku kości zły i obrzydliwy. Wspomniany efekt powodował u odbiorcy naturalną chęć „kibicowania” głównym bohaterom w walce z ciemną stroną obsady. Od chwili gdy twórcy zorientowali się jak ważną rolę w historii pisanej odgrywa psychologia – i socjologia – przyjrzano się sprawie uważniej i przeanalizowano sukces największych kinowych produkcji.

Naturalnie szybko zauważono, że w wielu kasowych produkcjach nieplanowanie „czarny charakter” przysłonił swoją kreacją głównych – prawie świętych – bohaterów historii. Zastanówcie się sami. Kogo bardziej kojarzycie? Księżniczkę Leia, czy czarną personę w długim płaszczu jaką był Darth Vader? Rogera, czy Cruelle De Mon? Ripley, czy Obcego?

Ostatnie siedemnaście lat to nic innego jak istna rewolucja scenariuszy w świecie kinematografii. Mówiąc o kinie, należy wspomnieć również o serialach, w których tytułową ewolucje widać chyba najbardziej. Mamy rok 1999, na ekranach pojawia się serial „Rodzina Soprano” – „The Sopranos” 1999-2007 – w którego sukces tak naprawdę nikt nie wierzy. Jak historia, w której głównym bohaterem jest bezlitosny gangster ma się sprzedać? Gdyby był to kolejny serial o dobrych gliniarzach to może i owszem (…).

Oczywiście pilot serialu „Rodzina Soprano” odniósł niewyobrażalny sukces i tym samym do roku 2007. obraz nie schodził z listy dziesięciu najchętniej oglądanych seriali fabularnych. Przez kolejne lata serialowe wytwórnie czerpały z nowego trendu pomysły garściami i praktycznie trudno nie znaleźć w dobrych serialach – powtarzam dobrych – ciekawych, niejednoznacznych kreacji czarnych charakterów. Idealnym przykładem na powyższe tezy jest moja ukochana produkcja „Żywe Trupy” – „The Walkind Dead” – gdzie wprowadzenie czarnego charakteru w postaci Nagana obróciło realia serialu o 180 stopni. Jeffrey Dean Morgan, aktor który wcielił się w postać Negana całkowicie odwrócił uwagę odbiorców od postaci – uwielbianego wcześniej – głównego bohatera, Ricka – zagranego przez Andrew Lincolna.

Negan

Jeżeli chodzi o filmy pełnometrażowe, opisywanego zjawiska również nie sposób nie zauważyć. Naturalnie kino ambitne zawsze szanowało postacie ciemnej strony mocy – „Zielona Mila”, „Ojciec Chrzestny”, czy „Koszmar z Ulicy Wiązów”. Niemniej jednak trend na koronacje ciemnych charakterów historii przejął twórczość pisaną w pełni dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Przyznajcie z ręką na sercu, którego z bohaterów przypominacie sobie wspominając produkcje  Tima Burtona „Batman”? Tytułowego bohatera filmu, czy postać Jokera zagraną przez bezbłędnego Jacka Nicholsona? No właśnie.

Trend na czarne charaktery jest w dużej mierze uwarunkowany psychologicznie i socjologicznie. Idealizm przedstawiany na ekranie z czasem stał się dla odbiorców mało naturalny, wręcz nierealistyczny. Wiele gatunków filmowych nie mogło w pełni wykorzystać narzędzi, które przecież od zawsze były dostępne. Pokazanie na ekranie historii gdzie głównym bohaterem jest człowiek jedzący innych ludzi, którego w finale historii nie spotyka tak naprawdę żadna kara było dla archaicznych twórców czymś trudnym do wyobrażenia – „Hannibal Lecter”. Moda i fascynacja dotycząca kultu czarnego charakteru po 1999. roku rozkwitła na dobre, o czym świadczą najgłośniejsze tytuły ostatnich 17. lat historii światowej kinematografii. Przykłady pojawiają się na ustach same: James „Whitey” Bulger „Pakt z diabłem”, Voldemort „Harry Potter”, Hans Landa „Bękarty Wojny/Inglourious Basterds”, Agent Smith „Matrix” (…).

Z czasem współcześni twórcy coraz częściej zaczęli łączyć obie strony mocy 🙂 . Przez ostatnie lata na ekranach zaczęły pojawiać się postacie niejednolite charakterologicznie. Postacie, które ciężko zakwalifikować do „tych złych”, czy „tych dobrych”. Zjawisko „braku możliwości jednoznacznej oceny postawy” bohatera historii działa na wyobraźnie odbiorców. Prowokuje i zachęca do dalszego śledzenia losów obserwowanego bohatera. Zmusza do refleksji i dialogu. Daje możliwość własnej interpretacji po napisach końcowych. W dzisiejszym kinie nie spotkamy postaci do szpiku kości złych, czy dobrych. Wspominane podziały już praktycznie nie istnieją. Świetnym przykładem na to może być mało znana w Polsce produkcja „The Breaking Bad” lub bardziej rozpoznawalny obraz „Doktor House”. W obu przykładach widz ma do czynienia z postacią, której postawa jest niewłaściwa. Zaryzykuje stwierdzenie, że zachowania głównych bohaterów są bliższe czarnym charakterom, niż – archaicznym – postaciom idealistycznym.  Pomimo powyższego faktu widzowie pokochali chemika kryminalistę i doktora mającego gdzieś etykę lekarską. Dlaczego? Ponieważ współczesne kreacje bohaterów promują ludzkie słabości i stanowią coraz częściej aktualny komentarz do prawdziwej rzeczywistości. Rzeczywistości w której – niestety – tzw. „zło” jest obecne i trzeba nauczyć się obok niego żyć. Współczesne realia wymagają od nas nauki dystansu i oswojenia nawet najokrutniejszych obrazów codziennego życia. Naturalnie powyższe stwierdzenie nie jest równoznaczne z tolerancją i akceptacją zła. Wspomniane działania mają jedynie pomóc nam w zrozumieniu i nieemocjonalnym wyborze reakcji na ciemną stronę rzeczywistości, w której przyszło nam egzystować.

joker_art_by_ralfwm-d9gwnij.png

Fot.  Oficjalna strona telewizji Fox

  Fot. http://ralfwm.deviantart.com

Reklamy
Otagowane , ,

5 thoughts on “„Scenariusze po rewolucji” – czyli dlaczego czarne charaktery są ciekawsze od głównej obsady obrazu?

  1. magdabraf pisze:

    nice 🙂

    Lubię to

  2. Coco pisze:

    Ciekawie i smacznie jak to mówisz 🙂

    Lubię to

  3. Fragles pisze:

    Bardzo fajny wpis. Prawde prawisz jak np pojawil sie swiat wg budy gdzie glownu bohater jest szofinistycznym egoista a poziom dialogow jest strasznie wulgarny nagle bylo bum ta rakie seriale i powstali przyjaciele jak poznalem twoja matke joy dwoch i pol itd

    Lubię to

  4. Klaraw444 pisze:

    Breaking bed to mój ulubiony serial, fakt że mało znany w pl

    Lubię to

  5. KOSTKA99 pisze:

    nice 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: