„Sandy Wexler” – czyli nie musisz czytać tej recenzji, po prostu nie trać czasu na oglądanie owej tandety.

gowno465454151.jpg

Ratunku!

Witajcie! Dziś – tak jak obiecywałem – recenzja z kinematograficznej zupy. Pierwszy dzień świąt, odrobina wolnego czasu, dobra herbata i całkowita porażka na ekranie mojego laptopa. Mowa o tegorocznym obrazie „Sandy Wexler”, co za tym idzie najgorszej produkcji jaką widziałem w ostatnich latach. Szczerze mówiąc zastanawiałem się mocno nad sensem pisania „czegokolwiek” na temat tytułowej tandety. Jestem wkurzony i zasmucony faktem, że czas wolny – który nieczęsto mi się zdarza – straciłem w tak prymitywny i bezsensowny sposób. Dzisiejszy wpis – jak się pewnie domyślacie – będzie jednym wielkim hejtem. Mimo moich biało – czerwonych skłonności do narzekania, nie mam zamiaru dzisiaj się rozpisywać. Szkoda śliny i klawiatury. „Sandy Wexler” to przerażająco nudna i naciągana historia menadżera wschodzących gwiazd, który próbuje odnieść sukces w swojej profesji. Koniec opisu fabuły. W roli głównej Adam Sandler, aktor jednego wyrazu twarzy i prostytutka kina niskobudżetowych komedii. Pan Sandler zamiast sugerować się kwotą uiszczoną na czeku, powinien zacząć czytać scenariusze.

Zaryzykuję stwierdzenie, że aktor – nie obrażając prawdziwych aktorów – zrobi wszystko za pieniążki. W przypadku tytułowego obrazu Pan Sandler podjął – dramatycznie nieudolną – próbę stworzenia kreacji swojego bohatera. Tego typu wyzwania dla Pana Sandlera są rzadkością. Niestety aktorzyna nie wiedział, że zmiana fryzury i sposobu mówienia to nie wszystkie narzędzia aktorskie jakich można używać w świecie kina.

Gra aktorska na poziomie filmów porno, nic niewnoszące monologi, kilka znanych buzi na ekranie, bardzo nieśmieszny scenariusz.

Nigdy nie napisałem recenzji filmu, którego nie zobaczyłem w całości. Od deski do deski. Nawet jeśli obraz męczy moje oczy i psychikę staram się dotrwać do końca. Tak było w przypadku „Sandy Wexler”. Mimo, że obraz przedstawia się nam jako komedia… nie zaśmiałem się ani razu. Pierwsze uśmiechy pojawiły się na mojej buzi dopiero po napisach końcowych, kiedy postanowiłem przeczytać komentarze widzów pod filmem. Wniosek z owej lektury? Tylko 20% komentujących wytrzymało i obejrzało całość obrazu. Nie będę się więcej rozwodził nad moją dzisiejszą kinematograficzną porażką. Dno przez duże „G”. Tak, „G”. Żal mi trochę was i mojej obietnicy dotyczącej ciekawych recenzji w okresie świątecznym. W związku z powyższym… już jutro zapraszam was na mojego bloga. Przyjrzymy się innej produkcji, która zdecydowanie nie może równać się z tytułowym „czymś”. Mowa o polskiej produkcji „Zaćma”. Do napisania jutro! Nie muszę chyba mówić o tym, że powinniście omijać szerokim łukiem tytułowy obraz, prawda? No właśnie.

Advertisements
Otagowane ,

4 thoughts on “„Sandy Wexler” – czyli nie musisz czytać tej recenzji, po prostu nie trać czasu na oglądanie owej tandety.

  1. Magdabraf pisze:

    Widzialan bilota w zwszym roku tego filmu tez byl cienki

    Lubię to

  2. Fragles pisze:

    Widziałem ten film. Jestem tego samego zdania

    Lubię to

  3. bananowysong pisze:

    uuu trafiłem tu przypadkowo zupełnie ale chyba zostanę na dłużej fajny jeżyk ciekawy blog merytorycznie i stylistycznie – pozdrawiam 🙂

    Lubię to

  4. powalacace pisze:

    ok, dzięki 😀

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: