„Blood Father” – czyli czy Mel Gibson w końcu wrócił do formy i co oznacza ten cichy marketing?

melgibbbb

Dobrze mu z brodą.

Przeziębienia ciąg dalszy, tak więc dziś kolejna recenzja filmowa. Szczerze mówiąc miałem ochotę na komedie. życie zweryfikowało moje zachcianki jednak po swojemu. Być może niewielu z was słyszało o tegorocznym powrocie Mela Gibsona na duże ekrany. Tytułowa produkcja zdecydowanie nie odbiła się głośniejszym echem w świecie mediów. Dlaczego? Zła reputacja głównego aktora? Niski budżet? Możemy gdybać bez końca. Film zaintrygował mnie z dwóch względów. Po pierwsze chciałem zobaczyć Pana Gibsona i sprawdzić „jak się trzyma”. Aktor przez ostatnie lata borykał się z wieloma uzależnieniami i znany był brukowcom z permanentnych problemów z prawem. Po drugie niski poziom marketingu spowodował, że tytułowa produkcja mogła po prostu być niezauważona przez wielu fanów męskiego kina. Męskiego kina? Nie przesadziłem? Raczej nie. Mimo różnych recenzji polskich widzów, zdecydowałem się przytulić „Krwawego Ojca”. W tym momencie pragnę po raz kolejny złożyć kondolencje polskim tłumaczom, za ich dawno już pogrzebaną kreatywność. Film opowiada historię rozwiedzionego ojca – Mel Gibson – który po wyjściu z więzienia na zwolnienie warunkowe, próbuje raz jeszcze ułożyć swoje życie.

Rzuca wszelkie używki i legalnie zarabia na chleb robiąc tatuaże. Nagle otrzymuje dziwny telefon od swojej córki, którą bezskutecznie starał się odnaleźć odkąd opuścił więzienne mury. Niestety – jak to w życiu często bywa – kochana córeczka poszła w ślady ojca i naraziła się handlarzom narkotyków. Teraz prosi ojca o pomoc, ten chcąc zadośćuczynić swojemu dziecku koszmary przeszłości wypowiada dilerom wojnę – łamiąc przy tym wszystkie warunki zwolnienia warunkowego.

Przyznam szczerze, że kilka razy czytałem powyższe zdania zanim zdecydowałem się na umieszczenie ich w bieżącej recenzji. Wszystko dlatego, że powyższy opis fabuły brzmi strasznie naiwnie. Niestety scenariusz rzeczywiście nie jest najmocniejsza stroną tytułowej produkcji. Zbędne i nienaturalne dialogi, nadgorliwe wpisywanie elementów „męskiego kina” w opowiadaną historię i strasznie wolne tępo narracji. Pomimo powyższych zarzutów, nie mam zamiaru spisywać „Krwawego Ojca” na straty. Nawet powiem więcej. Chciałbym przekonać was do poznania tytułowej produkcji.

maxresdefault

Dlaczego uważam, że warto poświęcić 88 minut swojego życia na historię brodatego, podstarzałego twardziela? Po pierwsze Mel Gibson pokazał dojrzały warsztat aktorski i stworzył ciekawą – według mnie – kreację. Aktor na ekranie prezentuje się w zaskakująco dobrej formie i trudno nie zauważyć, że w życiu prywatnym musiał trochę otrzeźwieć aby przygotować się do wspomnianej roli. Drugim atutem produkcji jest obecność w obsadzie takich person jak William Hall Macy Jr. i Erin Moriarty. Pana Williama nie muszę wam chyba przedstawiać. Jednak kim do cholery jest Erin? Już mówię. Erin Moriarty to młoda aktorka kojarzona do tej pory z kinem taniej komedii – na przykład produkcja „Straż Sąsiedzka”, z 2012 roku. Cieszy mnie fakt, że aktorka nie pozwoliła sobie na przyklejenie branżowej łatki i – mimo, że jej gra aktorska nadal pozostawia wiele do życzenia – wierzę, że kiedyś zobaczę Panią Erin w ambitniejszej produkcji. Jak to mówią: jest potencjał.

Oglądając „Krwawego Ojca” miałem trochę wrażenie, że autorzy scenariusza – Peter Craig i Andrea Berloff – czerpali inspirację z klasyków kina ostatnich lat… Motyw przewodni pachniał mi dosyć mocno obrazem „Uprowadzona”, a zakończenie filmu sprawiało wrażenie żywcem wyjętego z produkcji „Lot”. Swoją drogą po głównym reżyserze widowiska spodziewałem się również czegoś więcej. Autorem filmu jest Jean-François Richet, twórca produkcji „Wróg publiczny numer jeden” z 2008 roku.

Tytułowy obraz oceniam na słabą ocenę dostateczną i szczerze polecam go nie tylko fanom Mela Gibsona. Dobry materiał na jesienny, wrześniowy wieczór. Przypominam tym samym, że moje bieżące wpisy należy brać z przymrużeniem oka, ponieważ jestem przeziębiony i towarzyszy temu częste wahanie nastroju 🙂 . Dziś mam dobry dzień bo zużyłem tylko cztery paczki chusteczek, a nie dziesięć – jak wczoraj. Do napisania niebawem!

Reklamy
Otagowane , , , , ,

4 thoughts on “„Blood Father” – czyli czy Mel Gibson w końcu wrócił do formy i co oznacza ten cichy marketing?

  1. SOWA pisze:

    dobry film

    Polubienie

  2. rosa pisze:

    mel ❤

    Polubienie

  3. coco pisze:

    zaintrygowałeś mnie, muszę oczaić ten film 🙂

    Polubienie

  4. Fragles pisze:

    Średni film

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: