„Lear” – czyli ołowiana i drażniąca zmysły próba interpretacji w Teatrze Nowym, w Poznaniu.

kr

Liczą się chęci?

W zeszłym miesiącu wraz ze znajomymi wybraliśmy się do Teatru… no właśnie… Ych… Może po kolei. Po raz kolejny odwiedziliśmy poznański Teatr Nowy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi – włącznie z moją dziewczyną – mówią mi, że czas zmienić teatr. Nie zrozumcie mnie źle. Teatr Nowy w Poznaniu to mój najukochańszy teatr od wielu, wielu lat. Chodzi o to, że – nawet patrząc na recenzje na moim blogu – prawie 90% sztuk teatralnych, jakie w życiu widziałem, dotknąłem oczkami właśnie we wspomnianym teatrze. No, ale wróćmy do recenzji tytułowej sztuki. Do teatru wybraliśmy się w związku z rocznicą śmierci Wiliama Szekspira i związaną z nią akcją „bilet za grosze” – odcinek vloga poświęcony wydarzeniu znajdziecie tutaj. Był bardzo gorący, sobotni wieczór, na miejsce przybyliśmy przed czasem. Bardzo dużo ludzi, wszyscy pełni energii i zaintrygowania. Spektakl wystawiano na największej sali Teatru Nowego. Przyznam szczerze, że dawno na niej nie byłem. Tak jakoś ostatnio wszystkie widziane przeze mnie spektakle miały miejsce na mniejszych scenach owego teatru. Wiele razy narzekałem na blogu na ubogie w informacje zapowiedzi spektakli Teatru Nowego.

W przypadku sztuki „Lear” po raz kolejny poczęstowano mnie okruszkami aperitifu. W opisie sztuki na stronie teatru czytamy, co następuje, cyt. „Scenariusz spektaklu oparto na motywach tragedii KRÓL LEAR Williama Shakespeare’a w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego, a także na wątkach pochodzących z KRÓLA LEARA Rodriga Garcii, tekstów Johanna Wolfganga von Goethego, kantat Johanna Sebastiana Bacha, twórczości Elfriede Jelinek i Gerharda Sholema oraz rozmów i improwizacji aktorskich.”.

O fabule sztuki nie trzeba dużo pisać, po prostu historia Króla Leara przedstawiona w wersji współczesnej. Reżyser spektaklu – Jędrzej Piaskowski – dał nieźle czadu. Mimo jednak wielu prób zaintrygowania widza, sztuka po piętnastu minutach męczyła moje oczy i zapraszała do mojej głowy Pana Morfeusza. Tak dobrze czytacie, po raz pierwszy w życiu wyszedłem z Teatru Nowego w Poznaniu zmęczony i rozczarowany. Brak dynamiki i cholernie ciągnący się początek historii zabił we mnie więcej energii niż upał, który towarzyszył poznaniakom w ową sobotę. Praktycznie po kwadransie tańca z myślami „kiedy się obudzę?” nie miałem już nadziei, że sobotnie spotkanie ze sztuką da mi jakąkolwiek pozytywną energię. Mój stan znudzenia przerywały jedynie pojedyncze epizody – które na serio robiły wrażenie – rażące smaczną pomysłowością twórców, np. scena, w której jeden z bohaterów zdejmuje czarne okulary, pod którymi „nie ma oczu”. Naturalnie nie chcę wyjść w tym momencie na prymitywa. Ci z Was, którzy czytają mnie już jakiś czas dobrze wiedzą, że potrafię docenić „uwspółcześnioną sztukę klasyczną”. Z wielkim poszanowaniem wspominam takie przedsięwzięcia Teatru Nowego, jak „Dziady” z 2014 roku. Niemniej jednak w przypadku „Leara” trudno o zachwyt.

1460514392_3

Aktorzy robili, co mogli. Wszyscy zagrali na naprawdę wysokim poziomie. Niemniej nieudolna próba interpretacji archaicznego tekstu zabijała ich kunszt kroczek po kroczku. W spektaklu zdecydowanie zabrakło dynamiki, charakterystycznej dla Teatru Nowego w czasie, gdy jego dyrektorem był jeszcze Pan Wiśniewski.

Kolejnym minusem widowiska było źle rozumiane „efekciarstwo”. Teatr Nowy w Poznaniu od jakiegoś czasu może pochwalić się nowym nagłośnieniem. No i chwali się… chwali się tak, że po 30 minutach sztuki czułem się jak na koncercie „Kiss”. Nie dość, że temat wymagający dużego skupienia, to jeszcze przedstawiony w tak męczący sposób… Obok głośnych – za głośnych – efektów dźwiękowych, ze sceny raziły moje oczy silne światła stroboskopowe. Nie przesadzam. Co prawda Teatr Nowy na swojej stronie zaznaczył, że cyt. „W spektaklu używane są silne światła stroboskopowe!  W przypadku złego samopoczucia prosimy o natychmiastowe opuszczenie widowni i kontakt z Obsługą Widowni Teatru.” Niemniej jednak wątpię, aby starsze małżeństwo siedzące za mną wchodziło na ich internetowe informatory. Zawsze broniłem Teatru Nowego w kwestii nagminne zrzucanego mu „taniego efekciarstwa”. Tym razem jednak rzeczywiście autorzy spektaklu przegięli przysłowiową pałę. Do domu wróciłem strasznie zmęczony. Sztuka dobra dla ludzi, którzy nie chodzą do teatru aby odetchnąć od zgliszczy i hałasu rzeczywistości. Z bólem serca, nie polecam.

Reklamy
Otagowane ,

5 thoughts on “„Lear” – czyli ołowiana i drażniąca zmysły próba interpretacji w Teatrze Nowym, w Poznaniu.

  1. Krytyknieliteracki pisze:

    Dobrze napisane, w sumie ujęte tak, że nie wyszedł Pan na prymitywa nie rozumiejącego poważnych i trudnych sztuk teatralnych, a raczej na odbiorcę z obyciem, który ma dosyć ciężarów i bobków w sztuce, przy i tak ciężkiej prozie życia. Podoba mi się, pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  2. coco pisze:

    fajna fota

    Polubienie

  3. magda braf pisze:

    ot taka ciekawostka:

    Polubienie

  4. daria pisze:

    byłam mam podobne odczucia

    Polubienie

  5. powalacace pisze:

    Bywało lepiej 😉 Po opiniach znajomych stwierdzam, że na pewno nie zachęciła młodych ludzi, którzy z okazji akcji „bilet za grosze” zaszaleli i wybrali się do teatru, aby bywać tam częściej. Wręcz przeciwnie. Trochę zbyt ciężki klimat.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: