Satchmo (od ang. satchel mouth – workowate usta) – czyli porozmawiajmy o Louisie Armstrongu!

armstrong.jpg

Silne ramie?

Moi kochani dzisiaj na tapecie długo zapowiadany Louis Armstrong, a właściwie Louis Daniel Armstrong. Przez spory czas pisałem w tej kategorii o nowinkach i smaczkach znalezionych w necie. Czas najwyższy sięgnąć do historii i przypomnieć sobie kilka ciekawostek dotyczących legendy jazzu. Uwielbiam wspomniany gatunek muzyczny, chyba najwierniejszy rodzaj muzyki, który towarzyszył mi w wielu momentach życia. Jazz jest uniwersalny. Pasował zarówno do kolacji, jak i śniadania. Szklany whisky, jak i butelki wody z cytryną. Po powrocie z pracy, jak i w weekendy… Dla fanów gatunku mam niespodziankę, zobaczcie – a raczej posłuchajcie – co wyszperałem w archiwalnych wspomnieniach klikając tutaj. Wróćmy do tytułowego dżentelmena. Pan Louis to niewątpliwie ikona amerykańskiego świata kultury. Amerykański trębacz i wokalista jazzowy. Nasz ciemnoskóry mistrz urodził się 1901 roku w Nowym Orleanie. Armstrong miał zdecydowanie słaby „strat w życiu”. Wywodził się z bardzo ubogiej rodziny, z objawami patologicznymi. Jego ojciec był robotnikiem w fabryce terpentyny, a jego matka i siostra były prostytutkami.

Jak to się dzieje, że wielcy ludzie zazwyczaj na początku mają w życiu przesrane, a potem stają się właścicielami najpiękniejszych prywatnych toalet na świecie. Kurcze, ta przenośnia mi się udała 🙂 .Jego młodość to nauka gry na kornecie – instrument łudząco podobny do trąbki – i szlajanie się po ulicach Nowego Orleanu z finałem w poprawczaku. Dopiero w 1922 roku Armstrong przeprowadził się do Chicago, gdzie został zaproszony przez Joe „King” Olivera do gry w Creole Jazz Band. Potem los się do Popsa uśmiechnął – Pops to pseudonim artystyczny Armstronga – i artysta zaczął samodzielnie prowadzić własne zespoły, a dokładniej „Hot Five” i „Hot Seven”. Następne lata to pasmo sukcesów zakrapianych wszelkimi możliwymi używkami. Kojarzycie charakterystyczną białą chusteczkę, którą Louis „wycierał czoło” podczas występów? Nie, muzyk nie miał problemu z nadmierną potliwością. Jego permanentne – odbiegające wręcz od normy – pocenie się było skutkiem nałogowego zażywania kokainy i licznymi zespołami odstawiennymi związanymi z chorobą alkoholową. Wspomniałem przed momentem o pseudonimie Armstronga, Pops to jedna z dwóch ksywek jakimi posługiwał się nasz tytułowy mistrz. Drugą z nich był pseudonim „Satchmo” (od ang. satchel mouth – workowate usta). Do wielu jego zasług zaliczyć należy wprowadzenie do jazzu śpiewu scatem (czyli imitowania lub zastąpienia instrumentów przez wokalistę). Warto również wspomnieć o innowacyjnym „wkładzie” artysty w muzyczny warsztat, historię i metajęzyk jazzu . Louis Armstrong wprowadził bowiem do jazzu śpiew, a dokładniej „scatem” (czyli imitowania lub zastąpienia instrumentów przez wokalistę). Armstrong zmarł w wieku 69 lat, w lipcu 1971 roku – bezpośrednia przyczyną śmierci był zawał serca. I tak długo pociągnął patrząc na jego tryb życia. Gdyby Louis żył, miałby dzisiaj 115 lat 🙂 . Tymczasem jednak w tym roku przychodzi nam obchodzić 45 rocznicę jego śmierci. Bez dwóch zdań facet jedyny w swoim rodzaju. Trudny do podrobienia. Choć niektórzy… próbowali. Kojarzycie program stacji Polsat pod tytułem „Twoja twarz brzmi znajomo”?

Na koniec kilka ciekawostek, które zainteresują fanów tytułowego bohatera. Jeśli przyjrzycie się uważnie archaicznym fotografiom, zobaczycie na szyi Armstronga Gwiazdę Dawida. Louis zapytany kiedyś o wyznawaną religię odpowiedział, że
wychowano go na baptystę. Nie jest również tajemnicą, że za życia artysta przyjaźnił się z ówczesnym papieżem. Wracając jeszcze do Gwizdy Dawida… Artysta otrzymał kiedyś pracę i pomoc od rodziny żydowskich imigrantów z Litwy. Od tego czasu, aż do końca życia nosił na szyi łańcuszek z owym symbolem. Oprócz wspomnianych już dzisiaj uzależnień, Armstrong był audiofilem, posiadał ogromną kolekcję płyt oraz – zawsze – najnowszy sprzęt do ich odtwarzania. W wolnych chwilach nie bał się klawiatury, znaczy pióra… Wśród zabaw Armstronga na papierze znajdziemy między innymi sprośne limeryki :). Ważną informacją dla nas Polaków, może być fakt, że w latach 60. Louis spotykał się z Ryszardem Kapuścińskim. Ych… dziwnie to mogło zabrzmieć. Wiecie co mam na myśli… w
sensie przyjaźnił się… Mam ciche nadzieje, że dzisiejszy wpis Was zaciekawił w jakiś sposób. Mnie łatwo mówić, Armstrong jest dla mnie wielkim autorytetem w dziedzinie Jazzu. I tylko Jazzu. Prywatnie mam do niego szacunek jedynie za determinacje i pokazanie
światu, że można urodzić się w melinie, tylko po to aby potem jadać co wieczór kawior. Cała reszta prywatnego życia Armstronga to dla mnie tani, schematyczny przećpany żywot „pseudo celebrycko artystyczny”. Nie fajnie. Tyle w temacie. Dziękuję za uwagę i do napisania niebawem 🙂 !

 

Reklamy
Otagowane

6 thoughts on “Satchmo (od ang. satchel mouth – workowate usta) – czyli porozmawiajmy o Louisie Armstrongu!

  1. magda braff pisze:

    magia ❤

    Polubienie

  2. forek pisze:

    kurde nie widzial;em ze on z sinatra tez nagrywal

    Polubienie

  3. Joanna Adamczyk pisze:

    Przenośnia sięgnęła wyżyn najwyższych przenośni.Jednak Armstrong mimo faktu posiadania najpiękniejszych toalet i tak przez większość swego życia w USA, ze względu na kolor skóry miał przesrane,

    Polubione przez 1 osoba

  4. Marian Nabialczyk pisze:

    No jasne na politykę należy zerkać a nie przeżywać i wrzeszczeć jak zaczyna dokuczyć. …..a dobra muzyka to najlepsze co wymyśliła istota ludzka żeby nie zeariować ;)

    Polubienie

  5. alex pisze:

    nice 🙂

    Polubienie

  6. kokos pisze:

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: