2016 ROK – WYWIAD DLA KWSIW

kr

Określił Pan kiedyś siebie jako „kulturalnego chama”. Gdy patrzę na Pana,  widzę raczej spokojnego i kulturalnego człowieka.

To tylko pozory (śmiech), naprawdę można być kulturalnym, a zarazem bezsprzecznie szczerym. Poza tym chamstwo wyrażane w sposób spokojny jest chyba najbardziej wyrafinowane.

Szczerość wiąże Pan z chamstwem?

Tak, dziś nie da się mówić szczerze, nie będąc brutalnym w słowach. Zresztą może i można, ale to nudne i sztuczne.

Patrząc na Pana twórczość, można odnieść wrażenie, że ma Pan dwa oblicza. Z jednej strony wysublimowany i ułożony intelektualista, z drugiej kontrowersyjny krytyk rzeczywistości, nie bojący się wyrazistego słownictwa…

Życie życiem, sztuka sztuką. Inaczej odnoszę się do osób mi bliskich, inaczej do areny sztuki.

W swoich utworach, w sposób momentami bardzo ostry, odnosi się Pan do rzeczywistości, propaguje Pan lubieżność, używki, przemoc, śmieje się Pan z religii i patriotyzmu. Lubi Pan prowokować ludzi?

Raczej zmuszać do myślenia.

Zawsze tak było? Analizując Pana pierwszy autorski recital, pierwsze wywiady, nagrania koncertów sprzed kilku lat odnoszę wrażenie, że kiedyś było inaczej.

Każdy kiedyś nosił krótkie spodenki i nie wiedział, czego chce od życia. Szukał mniej lub bardziej pokornie. Poza tym moje początki w świecie artyzmu, mogły wydawać się mylnie grzeczne i spokojne. Graliśmy wtedy po prostu taką muzykę i nie wypadało się nam zachowywać inaczej na scenie.

Sięgając do historii, Pana pierwszym sukcesem była nagroda stacji TVN w konkursie na intro do jednego z najbardziej znanych polskich seriali.

To był pic na wodę, miałem wtedy osiemnaście lat i wygrałem ten konkurs przypadkiem. Nie wiąże z nim żadnego wielkiego sukcesu. Pamiętam tylko, że czas spędzony na planie zdjęciowym serialu bardzo mnie zmotywował do spróbowania swoich sił w szkołach aktorskich i muzycznych.

Startował Pan do kilku szkół artystycznych.

Tak, dwa razy do wrocławskiej teatralki, raz do łódzkiej filmówki i raz do muzycznej w Poznaniu.

Napisał Pan kiedyś w jednym ze swoich artykułów, że prawie wszystkie próby dostania się do szkół artystycznych zakończyły się fiaskiem. Dlaczego „prawie”?

Kiedy zdawałem do Wrocławskiej Szkoły Teatralnej po raz drugi, dostałem się do drugiego etapu przesłuchań. Pamiętam, że ilość kandydatów którzy nie przeszli pierwszego etapu można było liczyć wtedy w setkach. Na kolejną turę nie dotarłem, ponieważ tak naprawdę nie chciałem wtedy opuszczać Poznania. Zresztą już wtedy powoli dojrzewałem do wniosku, że szkoły artystyczne niszczą i pakują tym samym utalentowanych ludzi w cholerne ramy.

Kiedyś przyznał się Pan publicznie do głównego powodu rezygnacji z dalszych egzaminów w Wrocławskiej Szkole Teatralnej.

To żadna tajemnica, chodziło wtedy głównie o kobietę, która notabene krótko po moim powrocie do rodzinnego miasta zostawiła mnie i pojechała w świat.

Wtedy pojawił się alkohol i narkotyki?

Używki były w moim towarzystwie już dużo wcześniej, ale prawdą jest, że od tamtej pory nie miałem już żadnych zahamowań.

W tym okresie stworzył Pan swój pierwszy recital i zaczął występy w poznańskich pubach.

Dokładnie. Wraz z świetnym reżyserem i niesamowitym człowiekiem, Panem Bogdanem Żyłkowskim stworzyliśmy muzyczne widowisko pt. „Kobietę trzeba trzymać krótko”. Było to romantyczne granie, oparte na repertuarze archaicznych utworów Agnieszki Osieckiej, piosenek międzywojennych i Kabaretu Starszych Panów. To właśnie wtedy wypadało mi być grzecznym na scenie, choćby z szacunku dla klasyków którym użyczałem głosu.

W tym samym czasie rozpoczął Pan współpracę w Teatrze STP w Poznaniu, doliczyłam się na Pana koncie około czternastu sztuk teatralnych, w których Pan wystąpił.

Tak, do dnia dzisiejszego zresztą współpracuję z STP i darzę to miejsce olbrzymim szacunkiem.

Kiedy definitywnie zrezygnował Pan ze zdawania do szkół teatralnych, spróbował Pan jeszcze swoich sił w poznańskim Studium Muzycznym Czesława Niemena.

Tak, „spróbował sił” to chyba dobre słowa (śmiech).

Przyznał się Pan kiedyś do tego, że na owe przesłuchanie zgłosił się Pan pijany, zaśpiewał sto lat i powiedział komisji rekrutacyjnej, aby pocałowała go w dupę. To prawda, czy zwykły zabieg kontrowersyjny?

Nie pijany, tylko na strasznym kacu, choć to chyba na jedno wtedy wychodziło. Faktycznie, nie pamiętałem żadnego utworu tego dnia, nie miałem akompaniamentu i jedyne, co miałem wtedy w głowie to „sto lat”, które zapewne śpiewałem jeszcze kilka godzin wcześniej. Naturalnie komisja nie zostawiła na mnie suchej nitki i po kilku minutach uwag, przerwałem jej złośliwości i powiedziałem, co powiedziałem.

Nie obraził się Pan jednak na świat sztuki, grał Pan dalej w teatrze, dawał Pan koncerty…

Nie obraziłem się na sztukę, tylko na osoby, które pod maską obleśnych wyznawców „moja i tylko moja racja”, co roku zabijają kreatywność młodych ludzi we wszystkich instytucjach ochrzczonych szkołami artystycznymi i nie tylko.

Z jednej strony pasmo mniejszych i większych sukcesów, z drugiej wiele przykrych doświadczeń.

Wiem do czego Pani zmierza i od razu powiem, że na dzień dzisiejszy uważam, że praktycznie każde przykre doświadczenie tak naprawdę uczyło mnie życia. Sukcesy nakręcały jedynie moje rozbujane ego.

Kilkakrotnie wyrzucano Pana z poznańskich uczelni, przyznał się Pan również do grania w klubach „do kotleta”, czy też w zamian za alkohol.

Gdzieś tam szukałem w tym czasie odpowiedzi na werterowskie pytania, próbowałem znaleźć swoje miejsce na świecie, zrozumieć samego siebie… albo po prostu miałem wszystko i wszystkich gdzieś, dumnie nosząc przy tym na ramionach znamię „błękitnego ptaka”.

Co Pan studiował, a raczej próbował studiować i właściwie dlaczego za każdym razem Pana przygoda z uczelnią wyższą kończyła się z niej wyrzuceniem.

Wyrzucenie z uczelni, to za mocne słowa. Sam po jakimś czasie rezygnowałem. Studiowałem jakieś bzdury, tzw. kierunki dla leni i tych, którym w szkołach artystycznych nie wyszło. Spędziłem kilka miesięcy na filmoznawstwie, gdzie banda ludzi bez przyszłości, dostawała orgazmów przy niemych filmach. Następnie rozpocząłem kulturoznawstwo, gdzie ludzie nie potrafiący namalować tęczy bawili się w krytykę prac Rubensa. A na sam koniec przez dwa tygodnie studiowałem resocjalizację, chyba tylko po to, aby pomóc samemu sobie.

Mimo to tworzył Pan dalej, pracował w radio jako lektor, malował, tłumaczył teksty piosenek Franka Sinatry i w efekcie stworzył swój kolejny recital „Halo!”.

Dlatego też powiedziałem, że nie uważam tego okresu za czas stracony. Nadal tworzyłem, a to, że w poniedziałki w teatrze, a w niedzielę w barze do kotleta, to już inna sprawa.

Co się stało, że nagle postanowił Pan zerwać ze światem używek i chciał zrobić coś ze swoim życiem? Bazując na datach tekstów na Pana blogu wnioskuję, że przełom nastąpił wraz z premierą recitalu „Halo!”.

Pijany i naćpany artyzm mnie po prostu znudził. Spojrzałem w lustro na moją zarośniętą, spuchniętą gębę i stwierdziłem, że nie chcę dłużej funkcjonować w taki sposób. Z odrazą popatrzyłem na swoje dotychczasowe życie i bezmyślne, pozbawione odpowiedzialności wybryki.

Których Pan nie żałuje?

Naturalnie. Nie każdy może wspominać, że… To się wytnie, bo możliwe, że pewne sprawy nie mają jeszcze statusu „przedawnionych” (śmiech).

Uważa się Pan za osobę uzależnioną? Co zrobił Pan, aby rzucić używki?

To jest nie ważne. Istotne, że rzuciłem to w cholerę i od jakiegoś już czasu żyje mi się po prostu lepiej. A raczej po prostu normalnie. Zresztą nadal uważam, że wszystko jest dla ludzi, ale nie wszyscy ludzie są dla wszystkiego.

Jest Pan za legalizacją?

Oczywiście. Mimo, że sam nie biorę, to uważam, że Państwo zrobiłoby społeczeństwu cholerną przysługę, gdyby nie trzeba było kupować towaru na ulicy u nieznanych źródeł,  z przypadkowymi domieszkami i gównami w stylu dopalaczy. Nasze Państwo po prostu do tego jeszcze nie dojrzało i póki pokolenie stereotypów nie wymrze śmiercią naturalną, nic się w naszym biało – czerwonym zakątku nie zmieni.

Porusza Pan kwestię polityki, w jednym z wywiadów powiedział Pan, że nie uważa się za patriotę, a ugrupowania polityczne w Polsce są cytuję „kolokwialnego chuja warte”.

Zasada wyboru rządu przez obywatela opiera się dzisiaj w Polsce na zasadzie „mniejszego zła”, już kiedyś to tłumaczyłem i nie chcę się powtarzać. A co do patriotyzmu, to może to trochę uściślę. Nie uważam się za tradycyjnego patriotę, nie znam całości hymnu i nie pamiętam, w którą stronę patrzy orzeł na naszym godle. Jeśli miałbym określić swój stosunek do ojczyzny, a co za tym idzie mój ewentualny patriotyzm, nazwałbym go „współczesnym patriotyzmem”. Sprzątam po swoim psie, odbijam bilet w autobusie, wspieram akcję charytatywne i korzystam z prawa do głosowania. Podkreślam prawa, nie obowiązku.

Skomentuje Pan jakoś to, co się dzieje teraz na arenie politycznej w Polsce?

Szkoda mi śliny, jak tak dalej pójdzie, to sami siebie pozabijamy. Poza tym mieliśmy rozmawiać o sztuce.

Wróćmy w takim razie do Pana, a konkretniej do okresu „po przebudzeniu” i stwierdzeniu, że można inaczej.

Przebudzenie to bardzo dobre słowo.

Po premierze „Halo!” stworzył Pan kolejny recital „Bartosz Figaj na wieczór”, rozpoczął intensywne trasy koncertowe po praktycznie całej Polsce; nawiązał Pan współpracę z kilkoma ikonami polskiej muzyki offowej i nie tylko; napisał Pan książkę, na której tegoroczne wydanie z niecierpliwością czekam; nadal gra Pan w Teatrze; szykuje Pan kolejną premierę teatralną ze swoim udziałem; od stycznia ruszyły prace nad czwartym recitalem pt. „Spowiedź Rockmana”; pisze Pan coraz bardziej popularnego bloga…  Zmiana wyszła Panu na dobre?

To chyba pytanie retoryczne. Jasne, że tak. Moja produktywność i sensowność działania zdecydowanie wzrosły. W końcu mogę brać pełną odpowiedzialność za swoje słowa i poglądy.

Powie Pan coś więcej na temat nowego recitalu i premiery książki?

Jeśli chodzi o książkę, to mogę jedynie powiedzieć tyle, ile zostało już powiedziane wcześniej. Przed oficjalnym wydaniem zobowiązany jestem do „włoskiego milczenia”. Napisałem „Delirium” głównie po to, aby oczyścić się z uraz i uprzedzeń przeszłości. Kryminał opowiada historię kontrowersyjnego Inspektora policji, który przez pewne okoliczności musi zmienić swoje życie… A co do nowego recitalu, to cóż… Grałem już piosenki aktorskie, jazz, blues i najwyższa pora, aby połączyć te gatunki i przyprawić wszystko rock and rollem (uśmiech). Jedyne, co mogę na tę chwilę zdradzić to to, że będziemy bazować głównie na repertuarze „The Blues Brother’s”, a premiera recitalu będzie miała miejsce najprawdopodobniej pod koniec czerwca 2016 roku.

Kilka miesięcy temu, przez okres dwóch tygodni, można było przeczytać Pana książkę w całości na Pana blogu. Czytałam przed dzisiejszym spotkaniem recenzje czytelników. Znaczna część mówi o książce w samych superlatywach, wielu z nich zarzuca jej zbytnią brutalność, inni zaś uważają ją za psychodeliczny kicz.

Wszystkich nie da się zadowolić. Ale to dobrze, artysta to nie prostytutka i sprzeciw w sztuce jest potrzebny. Zresztą przywykłem już do tzw. „hejterów” i ludzi z kompleksami, którzy uprawiają swoisty samogwałt atakując anonimowo tych, którzy w życiu coś osiągają.

Ma Pan dużo wrogów?

Jak każdy szanujący się szczery obywatel.

Głosząc swoje niektóre dosyć kontrowersyjne, jak już wcześniej wspomniałam poglądy, naraża się Pan na fale krytyki. Ja sobie Pan z tym radzi?

Nauczyłem się kasować maile zaczynające się od słów „Ty ch…” i nie tracić czasu na czytanie komentarzy pozbawionych emotikonek (śmiech).  Zresztą chyba nigdy w żaden sposób nie bolała mnie krytyka anonimowych odbiorców. Zdecydowanie bardziej ukuł mnie jad osób, którym w życiu mówiłem na „ty”. Ale i to ma swoje plusy, kilka numerów telefonów mniej w mojej komórce.

Najbardziej przykra rzecz jaką Pan o sobie usłyszał to…

Nie wiem, nie pamiętam. Nie tracę miejsca w łepetynie na pamiętanie osób przesiąkniętych, jakże polską zazdrością. Jak już wspomniałem dzisiaj, chcąc zweryfikować swoje znajomości, zacznij odnosić choć minimalne sukcesy i pochwal się nimi. Ludzie potrafią zrobić naprawdę wiele z zazdrości i goryczy związanej z faktem, że komuś się „coś” udało.

Uważa się Pan za narcyza?

Oj tak… Może teraz już trochę spokorniałem, ale był czas kiedy uważałem się za mistrza wszelkiego rzemiosła.

A’ propos pokory. Swojego czasu bardzo obnosił się Pan ze swoimi poglądami dotyczącymi kwestii religii i wiary. Analizując ostatnie Pana wypowiedzi na blogu, odnoszę wrażenie, że zaprzestał Pan już wkładania kija do mrowiska zwanego religią.

Fakt, trochę się zmieniło. Nadal mam wiele „ale” do funkcjonowania instytucji, jaką jest kościół katolicki. Niemniej jednak staram się już nie szczekać na Panów w sutannach. Zresztą, odważę się powiedzieć coś, co chciałem publicznie powiedzieć już od jakiegoś czasu.

Mianowicie?

Oceniając cokolwiek i kogokolwiek musimy brać pewną poprawkę. Gdy widzimy pijanego basistę na scenie, mówimy „wszyscy basiści chleją”. Widząc w wiadomościach kolejną aferę finansową, czy pedofilską w kościele, mówimy „kościół jest zły”. Tego typu ogólnikowe założenia nie są prawdziwe. Jakiś już czas temu dane mi było poznać osobę duchowną, która pokazała mi zupełnie inny obraz chrześcijaństwa. Zupełnie inny od tego, jaki przedstawiają modne media.  Dziś nazywam wspomnianą osobę „przyjacielem” i jestem jej cholernie wdzięczny za to, że poszerzyła mi pewne spojrzenie na kościół i w ogóle kwestię religii.

Odzyskał Pan wiarę?

Zawsze ją miałem w sobie. Nawet wtedy, gdy uważałem się za skrajnego ateistę i chodziłem z plecakiem wina do lasu, wydzierając się przy tym do nieba i przeklinając Boga. Gdybym wtedy rzeczywiście twierdził, że żadnej siły większej nie ma, to do kogo, do cholery wtedy krzyczałem? Poza tym każdy w coś wierzy. Jedni wierzą, że Bóg istnieje. Inni zaś wierzą, że Boga nie ma. Nie ma czegoś takiego, jak osoba niewierząca. Nawet agnostyk wierzy w możliwości istnienia lub nieistnienia czegoś ponadludzkiego.

No, a jak ma się do tego kwestia religii?

Nie mylmy kwestii wiary i religii. Wiara to metafizyka, religia to ludzka interpretacja podparta dowodami, których nie sposób ani podważyć, ani udowodnić. W wierze nie potrzeba dowodów. Wierzy się pomimo czegoś, a nie dla czegoś. Zresztą gdybym miał dowody na wiarę, nie mówiłbym „wierzę”, tylko „wiem”. Może pozwolę sobie zacytować metaforę,  kiedyś zasłyszaną, która bardzo przypadła mi do gustu. Z religią jest jak z penisem. Jeśli ktoś go ma i jest z niego dumny, to wszystko ok. Jednak jeśli wyjmuje go publicznie i wymachuje nim przed oczami innych, no to jest już coś nie halo.

Powiem Panu szczerze, że trochę obawiałam się dzisiejszego spotkania. Bałam się, że zamiast rozmowy, spotka mnie wysłuchanie monologu, zapatrzonego w swoje racje krytyka, nie używającego w swoich racjach sensownych argumentów. Miłe zaskoczenie.

Spokojnie, bo moje ego i narcyzm się znowu odezwie (śmiech).

Mogę zadać prywatne pytanie?

Zaryzykuję i powiem, że tak.

Jak postrzegają Pana bliscy, przyjaciele i współpracownicy? Nie ma Pan momentami problemów w związku z odwagą swoich słów?

To nie tak. Zresztą już dzisiaj o tym mówiłem. Rodzina i bliskie mi osoby to jedno. Sztuka i jakiekolwiek działania publiczne to druga sprawa. Dla najbliższych, czy też przyjaciół jestem anioł nie człowiek. Przynajmniej tak twierdzą.

Kto tak twierdzi?

Wszyscy. No, może z wyjątkiem mojej matki.

Czyta Pan w  moich myślach, chciałam zapytać o kwestię Pana relacji matką, ponieważ w drugim Pana recitalu, oficjalnie przyznaje się Pan do nazwijmy to „trudnych kontaktów ze swoją rodzicielką”.

Odważne pytanie. Nie popełnię błędu stwierdzając, że recital o którym Pani mówi ma już swoje lata. To było kiedyś. Dziś uważam, że moja matka to naprawdę kochana kobieta. Nadal często różnią nas poglądy, jednak gdyby nie ona, pewnie dzisiaj byśmy nie mieli przyjemności rozmowy ze sobą.

Powiedział Pan, że dla bliskich jest Pan aniołem… Dla kobiet również?

Nie rozumiem liczby mnogiej w pytaniu.

Chodzi mi o Pana relacje damsko – męskie, wydaje mi się, że bardzo często podejmuje Pan te tematy w swoich utworach.

Prawdą jest, że wszystko wokół tego się kręci. Nie tylko sztuka, ale całe nasze życie. Pytanie tylko,  czy jesteśmy tego świadomi, czy błądzimy z piętnastoma opaskami na oczach. Relacje między kobietą a mężczyzną to temat permanentnie aktualny. O czym opowiadają największej sławy światowe przeboje, które pamiętamy mimo upływu dziesiątek lat? Pioseneczki patriotyczne i różnego rodzaju pseudo – artyzmy umierają pierwsze. Jedynie hymny narodowe się jakoś trzymają, ponieważ Państwo nie daje nam o nich zapomnieć.

W pierwszych recitalach śpiewał Pan w bardzo delikatny, romantyczny i ideowy sposób o kobietach. Naglę we wspomnianym już dzisiaj recitalu „Halo!” zaczyna Pan patrzeć na kobiety przez pryzmat seksu, pieniędzy i łatwej przyjemności. Jak to wygląda naprawdę ?

To znowu nie tak. Moje koncerty, czy wszelkie wypowiedzi publiczne są jedynie moim osobistym komentarzem rzeczywistości, która jest taka, a nie inna. Prywatnie uważam kobietę za skarb, który nie tylko trzeba chronić, ale również szanować.

Jakiej osoby jest w Panu dzisiaj więcej? Romantycznego Wertera z recitalu „Kobietę trzeba trzymać krótko!”, czy raczej brutalnego amanta bez zahamowań z recitalu „Halo?!”?

Nie wiem, znowu próbuje Pani mieszać sztukę z życiem prywatnym. Wydaje mi się, że jest we mnie po trochu z każdej tych postaci. Generalnie uważam się za spokojną i bardzo delikatną względem kobiet osobę, z drugiej strony potrafię być wobec płci przeciwnej bardzo stanowczy, szanując przy tym jej potrzeby.

Brzmi idealnie. Mówi Pan o swoim sposobie na bycie względem kobiet. A co z wymaganiami odnośnie płci przeciwnej?

Wymaganiami? Niefortunnie dobiera Pani słowa. Nie ma czegoś takiego, jak wymogi – jest może jedynie jakiś podstawowy zestaw cech, które dają poczucie bezpieczeństwa w związku…

Jakie to cechy?

Szczerość, wierność i opiekuńczość.

Opiekuńczość?

Tak, jestem tylko facetem i nie zawsze potrafię czytać między wierszami. Wyrazy opiekuńczości są dla mnie niczym innym, jak pokazaniem tego, że drugiej osobie na Tobie zależy.

Wydaje mi się, że bliżej jednak Panu do Wertera.

Proszę mnie nie prowokować (śmiech)! Ale może jest w tym trochę racji, z tą różnicą, że Werter był ślepym ideowcem, a ja lubię zwracać uwagę na racjonalizm pewnych kwestii.

Na racjonalizmie chciałabym się na chwilę zatrzymać. Nowe życie nie tylko zaowocowało w Pana twórczości, ale również w życiu osobistym. Wrócił Pan na uczelnię?

Tak, to była jedna z najdojrzalszych decyzji, jakie podjąłem w życiu. Sztuka to płytki i bardzo niepewny interes. Nie mogłem przecież niczym wspomniany Werter liczyć na to, że utrzymam w przyszłości swoją rodzinę z potencjalnego grania do kotleta.

Rozpoczął Pan Studia Socjoterapii i Promocji Zdrowia w Poznaniu, w tym roku je Pan kończy?

Dokładnie tak.

Co potem? Sztuka czy gabinet terapeutyczny?

Zawsze można to połączyć, choć nie ukrywam, że bardzo ciągnie mnie do wykonywania zwodu terapeuty. Doświadczenia życiowe pozwalają mi spojrzeć na ludzi w czasem bardzo krytycznych sytuacjach, w zupełnie inny sposób. Wiem, co ja chciałem usłyszeć kiedyś, kiedy zarośnięty budziłem się co ranek  w przypadkowych poznańskich knajpach. Mówię to dzisiaj innym i to działa.

No właśnie… kończy Pan w tym roku studia, ale już od dawna zajmuje się Pan wolontariatem w placówkach odwykowych, a nawet zakładach karnych.

To prawda. Po co mam czekać na papierek, skoro już dzisiaj mogę bezinteresownie komuś pomóc.

Naprawdę coraz bardziej odnoszę wrażenie, że siedzi przede mną osoba zasługująca na określenie „dobrego człowieka”. Mimo swoich chwilowych artystycznych kaprysów, sprawia Pan wrażenie bardzo dojrzałego mężczyzny.

Moje ego znowu lata (śmiech).

Dlatego nie powiem już nic więcej. Za to poprosiłabym Pana o zdradzenie informacji: kiedy i gdzie można w najbliższym czasie Pana zobaczyć?

Styczeń należeć będzie do Teatru STP w Poznaniu i komedii „Bakchanalia”, na którą serdecznie zapraszam. Z kolei luty i marzec to czas koncertów. Zagramy w kilku większych miastach w Polsce. Dokładniejsze informacje na pewno pojawią się niebawem w sieci.

Czego mogłabym na koniec Panu życzyć?

Stabilności w stąpaniu po ziemi. W końcu w czasie naszej rozmowy spadło już chyba kilka centymetrów śniegu (śmiech).

Dziękuje uprzejmie za spotkanie i poświęcony czas. Pozostaje mi życzyć kolejnych sukcesów nie tylko na podłożu artystycznym.

Dziękuję również.

%d blogerów lubi to: