Kawiarnia „Literatka” we Wrocławiu, czyli nie wszystko złoto co się świeci.

4.jpg

Pozory.

Dziś bardzo spontaniczny wpis. W niedzielę dzwonił do mnie przyjaciel i rozpoczął rozmowę od zdania cyt. „Ty grałeś Bartek w tym roku swój recital w takiej kawiarni we Wrocławiu… Byłem tam dzisiaj i szczerze mówiąc mimo moich nadziei bardzo się zawiodłem tym miejscem (…)”. Mowa oczywiście o tytułowej wrocławskiej kawiarence „Literatka”. Zazwyczaj piszę recenzje miejsc mieszczących się w moim rodzimym mieście Poznaniu. Dzisiaj wybiegniemy jednak parę kilometrów dalej. Faktem jest, że w lipcu tego roku dawałem koncert w owym lokalu. Nie chciałem o nim wcześniej pisać, ponieważ moje odczucia wydawały mi się bardzo subiektywne. Jednak po rozmowie z moim przyjacielem, stwierdziłem, że nie tylko ja mam „mieszane wrażenia” odnośnie tytułowego miejsca. No, ale po kolei. W tym roku bardzo niespodziewanie dowiedziałem się o moim wyjeździe, który miał zahaczać o Wrocław. Pomyślałem, że to dobra okazja, aby wystąpić w wspomnianym mieście z moim recitalem. Problem polegał na tym, że na zorganizowanie owego koncertu miałem zaledwie kilka dni. Wykonałem kilka telefonów do zaprzyjaźnionych wrocławskich kawiarni artystycznych.

Zainteresowanie ku mojemu zdziwieniu było dosyć duże. Z kilku propozycji wybrałem – wydawało mi się – najbardziej magiczne miejsce, mianowicie kawiarnię „Literatkę”. Popełniłem duży błąd. Moja rozmowa telefoniczna z właścicielem lokalu wypadła bardzo sympatycznie.
Wspomniany mężczyzna sprawiał wrażenie ogarniętego i bardzo rzeczowego człowieka. Fotografie kawiarni, które znalazłem w sieci, były bardzo obiecujące. Archaiczne drewniane stoliki, ściany odziane biblioteką zżółkniętej literatury i lokalizacja blisko wrocławskiego rynku.

Kiedy dotarłem na miejsce, moje projekcje spłonęły w kilka chwil. Nie będę pisał dzisiaj o jakości jedzenia czy cenach, jakie można zastać w lokalu – choć mój przyjaciel podsumował je synonimami słowa „tragedia”. Skupię się raczej na ludziach zarządzających owym miejscem i jego aparycją. Jak już wspomniałem, był lipiec, na dworze bardzo ciepło. W drzwiach lokalu przywiały mnie trzy młode damy, które swoim ubiorem w ogóle nie pasowały do potencjalnego klimatu tytułowej kawiarni. Wyglądały trochę jak „dziewczynki z sex-myjni samochodowej”, które zaraz mają udać się do kolejnej pracy…

111111111111111

Po krótkiej rozmowie z obsługą – która naprawdę nie miała wygórowanego poziomu – dowiedziałem się, że właściciel z którym byłem umówiony „chwilę się spóźni”. Wraz z przyjaciółką postanowiliśmy wykorzystać wolny czas i udać się na promocję recitalu. Z właścicielem umówiliśmy się na godzinę 19.00, czyli 60 minut przed planowanym koncertem. Do kawiarni przybyłem punktualnie. Właściciel – a raczej,  jak się potem okazało jego zastępca – pojawił się o 21.00! Wraz z gośćmi czekaliśmy, aż łaskawie owy dżentelmen pojawi się w celu udostępnienia sprzętu nagłaśniającego. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem w równie żałosnej sytuacji. Kompletna ignorancja i brak szacunku.

W końcu, w lokalu pojawiła się wyczekiwana osoba. Naturalnie dziewczynki za barem nie wiedziały kompletnie nic na temat nagłośnienia lokalu. Recital przesunął się ponad godzinę z tytułu czterech kabli. Na tym problemy wspominanego wieczoru jednak się nie skończyły. Nagłośnienie okazało się wadliwe – nikt nie sprawdził go wcześniej – przez co miało ono zasięg jedynie jednej sali lokalu. Mimo mojej irytacji recital się odbył i po 30 minutach wszyscy zapomnieli o wcześniejszym zniecierpliwieniu i niesnaskach.

Jeśli chodzi o aparycję lokalu, uwierzcie mi, że zdjęcia pokazywane w sieci po prostu kłamią. Archaiczne drewniane stoliki, w praktyce zdobią plastikowe pojemniki z chusteczkami rodem z baru mlecznego, a archaiczna biblioteka na ścianach jest zaniedbana do tego stopnia, że kurz przykrywa nawet najmniej wytarte przez czas tytuły książek. Kawiarnia początkowo sprawia wrażenie bardzo dużej, jednak w praktyce to dwie wąskie sale, plus mały balkon. Na prawdę nigdy więcej występów w tego typu miejscach. Nie zmienia to oczywiście faktu, że wrocławska publiczność okazała się bardzo tolerancyjna i energiczna! Miłe wspomnienie, jednak nie koniecznie dotyczy ono lokalu, w którym przyszło mi tego dnia występować.

Kawiarnia „Literatka” – Rynek 56/57, 50-116 Wrocław.

 

 

Reklamy
Otagowane

4 thoughts on “Kawiarnia „Literatka” we Wrocławiu, czyli nie wszystko złoto co się świeci.

  1. Kinga Kuszak pisze:

    lubię te twoje „historyjki z życia wzięte” – pachną sztuką 🙂

    Lubię to

  2. Zuzia D. pisze:

    nice

    Lubię to

  3. Magda Braf pisze:

    życie 🙂 mieszkałam dwa lata we wrocku i bywałam w tym miejscu, bez rewelacji specjalnej ale kiedyś fajne wieczorki autorskie organizowali 😀

    Polubione przez 1 osoba

  4. Vicky pisze:

    Co prawda do Wrocławia mi daleko, ale znam tego typu miejsca, które wydają się cudowne, a okazują kiczowate. Za to polecić mogę sympatyczną kawiarnię pod aniołami w Gdyni – wystarczy odrobinę zboczyć z ulicy Świętojańskiej. Cudowny klimat.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: