„Mów mi Vincent” – czyli mój ulubiony członek ghostbuster na starość i kilka łez wzruszenia.

stv.jpg

Święty Vincent…

Hmm, powiem Wam szczerze, że grudniowe recenzje filmów chciałem głownie przeznaczyć na premiery bieżącego roku. Przypadek jednak – choć w przypadki nie wierzę – zadecydował inaczej. Przeglądając propozycje kinowe na jednym z video portali, z „miniatur obrazu” uśmiechnęła się do mnie dobrze znana mi twarz. Trochę bardziej pomarszczona i ozdobiona białymi włosami, lecz ciągle jednak należąca do tego samego aktora. Bill Murray bardzo często kategoryzowany jest w szufladce „aktora jednej kreacji”, to trochę tak jak w przypadku fasolowatego Rowana  Atkinsona lub walecznego Sylvestera Stallone. Pan Murray, mimo obszernego dorobku artystycznego, najczęściej kojarzony jest z postacią Doktora Petera Venkmana – film „Ghost Busters” i mylony aparycyjnie z Tomem Hanksem. Jeśli już jesteśmy przy tego typu porównaniach, przyznam szczerze, że  Bill Murray na starość bardzo przypomina mi – przynajmniej grymasem twarzy – naszego Roberta Więckiewicza, no ale to jedynie moje ciche spostrzeżenie. Jak już wspomniałem, na produkcję „Mów mi Vincent” trafiłem niezamierzenie. Nie żałuję.

Na początek słowo o treści obrazu: „Vincent (Bill Murray) to zgryźliwy mizantrop, któremu dni upływają na wyścigach konnych, w ulubionym barze i w towarzystwie zaprzyjaźnionej nocnej damy (Naomi Watts). Pewnego dnia do domu obok wprowadza się Maggie (Melissa McCarthy) z synem Oliverem. Powitanie nowych sąsiadów odbywa się bez ciepłych słów i nie zapowiada początku pięknej przyjaźni.
Jednak wiecznie spłukany Vin dostrzega szansę na podratowanie swego opłakanego budżetu. Zostaje może nie najtańszą, ale na pewno najbardziej ekscentryczną niańką w mieście.” – cyt. ze strony filmweb.

Z początku film sprawiał wrażenie taniej komedii, napisanej na zwietrzałym szablonie scenariuszu „zgryźliwy wiekowy tetryk zmuszony do przebywania w towarzystwie  swojego osobowościowego przeciwieństwa”. Owe wrażenie pływało w mojej głowie przez całą pierwszą połowę filmu. W dwudziestej trzeciej minucie projekcji, czułem jakbym oglądał synonim obrazu „Jackass: Bezwstydny dziadek” – którego recenzję znajdziecie tutaj.

Jednak w połowie mojej randki z tytułową produkcją – po przerwie na nikotynowego przyjaciela – obraz zniekształcił moje dotychczasowe odczucia. Początkowo tani humor, z każdą minutą filmu nabierał coraz bardziej ostrych pazurów. Ironia i sarkazm płynące z ust głównego bohatera permanentnie mobilizowały na mojej twarzy szeroki uśmiech.

mowmivincent

Może nie tyle oryginalnej, co ciekawie opowiedzianej historii, nadała smaczku poprawnie dobrana obsada aktorska. Obok Pana Murray w produkcji zobaczymy takie osobistości kina jak: uroczo rubensowska Melissa McCarthy, pięknie starzejąca się Naomi Watts, charyzmatyczny Chris O’Dowd i niezaprzeczalnie „mały, wielki talent” w postaci Jaedena Lieberhera.

Autorem scenariusza i reżyserem obrazu jest Theodore Melfi. Tytułowa produkcja jest największym – jak do tej pory – osiągnięciem owego twórcy. Warto w tym momencie wspomnieć, że Pan Melfi zdobył w zeszłym roku nagrodę publiczności – właśnie za „Mów mi Vincent” – MFF w Toronto.

Jeśli już przy nagrodach jesteśmy, film otrzymał również dwie nominacje do nagrody Złotego Lwa! Pierwszą w kategorii „Najlepsza komedia lub musical”, drugą w kategorii „Najlepszy aktor w komedii lub musicalu Bill Murray”.

Obraz o początkowym budżecie wynoszącym według światowego boxoffice 13 000 000 $, przyniósł do tej pory producentom 54 627 763$! Hmm, zysk osiągnięty. Jednak – tak, mam świadomość tego, że to zupełnie inne lata kinematografii – w porównaniu do wspomnianej dzisiaj produkcji „Ghost Busters” jego boxoffice się chowa! Przypomnę, że klasyk pod polskim tytułem „Pogromcy Duchów” z początkowym budżetem 30 000 000 $, zarobił około 295 212 467 $…

Tytułowa produkcja nie należy może do tych, o których pamięta się do końca życia, ale z pewnością stanowi uniwersalną receptę na komediowy wieczór. Nie zaprzeczę, że moja opinia dotycząca opisywanego dzisiaj filmu może być stronnicza. Jestem w końcu wielkim fanem warsztatu aktorskiego Pana B.M. – niemniej jednak nie potrzebując egzorcysty zaryzykuję stwierdzenie, że obraz „Mów mi Vincent” jest idealnym antybiotykiem na kończąca się już powoli, jesienną dekadencję.

 

 

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

3 thoughts on “„Mów mi Vincent” – czyli mój ulubiony członek ghostbuster na starość i kilka łez wzruszenia.

  1. diana pisze:

    Murray ❤ ❤ ❤

    Polubienie

  2. Kinga Kuszak pisze:

    świetny film 😉

    Polubienie

  3. daras24324324 pisze:

    lol ale koleś się zmienił

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: