„Ona” – czyli kochanie nie mów tyle, bo Cię zresetuję i wymienię na lepszy model…

her

A po kłótni wyczyszczę Ci pamięć. 

„Jeśli mężczyzna twierdzi, że rozumie kobiety, to albo jest głupi, albo rozumie tylko głupie kobiety” – a co jeśli kobieta – jeśli mogę tego słowa w ogóle użyć – jest systemem operacyjnym? No właśnie. Z filmem „Ona” spotkałem się wczoraj. Mimo, że od dawna szum wokół tytułowej produkcji mieszał mi w głowie, postanowiłem go przytulić dopiero teraz. Wyobraźcie sobie, że w końcu ludzkość dopracowała sztuczną inteligencję do tego stopnia, że może ona kształtować swój charakter przez doświadczenia, wyciągać unikatowe wnioski z obserwowanych sytuacji i posiada wynikające z tego potencjalnie „uczucia”. Jeśli  wszystkie wymienione jej składowe byłyby rzeczywiste, to czy jest ona w stanie obdarować istotę ludzką uczuciem miłości? Ba, czy człowiek jest w stanie zakochać się w sztucznej inteligencji ze wzajemnością? Według  Spike Jonze  – autora scenariusza i reżysera   – produkcji „Ona” jak najbardziej tak. Przynajmniej do pewnego momentu, w którym człowiek zdaje sobie sprawę, że nawet najinteligentniejsze oprogramowanie jest jedynie zwykłym kodem  zero-jedynkowym

Akacja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. W świecie utopionym przez nowoczesną technologię i w pełni skomputeryzowany sposób życia. Główny bohater Theodore Twombly – Joaquin Phoenix – jest pisarzem. Jego praca polega na pisaniu na tzw. „zlecenie” listów. W przedstawionym świecie, swoista idea pisania listów umarła całkowicie. Ludzie idą na łatwiznę i zlecają specjalistycznym firmom pisanie listów do rodzin, znajomych, partnerów i partnerek. W takiej firmie pracuje nasz główny bohater. Theodore Twombly to potencjalnie rozwiedziony mężczyzna, który mimo tego, że posiada wokół siebie wielu ludzi i nie jest samotny, czuje w sercu osamotnienie. Tak, to jest ważne zdanie. Bowiem wielu ludzi myli pojęcie samotności z osamotnieniem. W końcu pewnego dnia Theodore  zakupuje w pełni inteligentny program, który ma za zadanie towarzyszyć mu w codziennych obowiązkach. Zajmować się takimi sprawami, jak czytanie na głos maili, przypominanie o kalendarzowych spotkaniach, czy budzenie codziennie rano swojego „właściciela” o konkretnej godzinie. Szkopuł jednak tkwi w tym, że wspomniany system operacyjny  posiada ludzką – a może nawet ponad ludzką – inteligencję. Zaraz po wyborze płci swojego życiowego pomagiera, główny bohater uruchamia kupione oprogramowanie i słyszy w głośniku głos, w którym za chwilę ma się zakochać…

Historia przedstawiona w tytułowej produkcji zdecydowanie zasługuje na rangę „intrygującej”. Dziesiątki dylematów jakie niesie za sobą relacja głównego bohatera z oprogramowaniem komputerowym rodzi w odbiorcach wiele życiowych refleksji.  Do najciekawszych z nich zaliczyłbym te związane z samymi skutkami istnienia samowystarczalnej i progresywnej sztucznej inteligencji. Analizując samą treść filmu, doszedłem do śmiałych wniosków, że sztuczna inteligencja potrafiąca korygować błędy ortograficzne i gramatyczne, będąca kreatywnym narzędziem, posiadająca umiejętność pisania muzyki zabiłaby wszystkie utalentowane osoby na świecie swoją doskonałością twórczą. Naturalnie nie tylko kompozytorzy i pisarze straciliby pracę. To tyko przykład na bazie sytuacji ukazanych w tytułowej produkcji.

Swoją drogą wróćmy jeszcze do kwestii potencjalnych uczuć sztucznej inteligencji. Opierając się w dalszym ciągu na założeniach przedstawionych w filmie, zaryzykuję stwierdzenie, że skoro oprogramowanie może zakochać się w człowieku, może również być o niego zazdrosne. Sztuczna inteligencja, która ma za zadanie być potencjalnym consigliere człowieka może w zazdrości zaplanować jego zabójstwo, choćby zachęcając swojego właściciela do ryzykownych zachowań. Nie przesadzam.  Jeśli sztuczna inteligencja posiadająca uczucia  –według filmu – ma być maksymalnie zbliżona do ludzkiej, to powinna posiadać również swoje wady i zalety. Jak każdy człowiek. W ten sposób możemy spotkać w filmie nie tylko oprogramowanie mające cechy charakteru Karola Wojtyły, ale również Breivika. To naturalne i zgodne z założeniami twórców tytułowego obrazu.

Chciałbym wspomnieć jeszcze o Joaquin Phoenixe, który  wcielił się w postać głównego bohatera filmu. Kilka lat temu widziałem film  biograficzny dotyczący wspomnianego aktora – „Joaquin Phoenix. Jestem, jaki jestem”. Zdecydowanie film został nakręcony w trudnym okresie dla artysty. Joaquin Phoenix z zapuszczoną brodą,  wiecznie naćpany lub pijany. Trudno uwierzyć, że mimo wspomnianego doświadczenia  aktor oczepał się ze swoich problemów i wrócił na scenę, do tego w tak wybitny sposób. Naprawdę duży szacun dla  Joaquina Phoenixa za powrót w takim stylu.

Reklamy
Otagowane , , ,

4 thoughts on “„Ona” – czyli kochanie nie mów tyle, bo Cię zresetuję i wymienię na lepszy model…

  1. Maras pisze:

    swietny film

    Polubienie

  2. Magda Kurus pisze:

    mój ulubiony film !!!!

    Polubienie

  3. WEra pisze:

    dla mnie film monotonny i nudny, ale wpis całkiem ciekawy 😉

    Polubienie

  4. Ania Polacek pisze:

    Joaquin Phoenix jest mega przystojny 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: