„Weranda Caffe” i moja nie do końca udana randka.

kr

Kawa?

Dzisiaj poszepczę Wam o miejscu, z którym wiążę wiele ciepłych i zabawnych wspomnień ;). Pamiętam jak „dawno, dawno temu” zajrzałem do tytułowego miejsca po raz pierwszy.  Miałem wtedy szesnaście lat i bardzo chciałem umówić się na przysłowiową kawę, z pewną dziewczyną, którą poznałem podczas warsztatów teatralnych. Niestety jedyne, co o niej wiedziałem, to to jak ma na imię. Zadzwoniłem więc do jednego z instruktorów wcześniej wspomnianych warsztatów – który notabene był wtedy moim bliskim przyjacielem – i poprosiłem o numer telefonu  dziewczyny, która wtedy tak bardzo mi się podobała. Mój przyjaciel w związku z funkcją,  jaką wtedy pełnił na warsztatach, dysponował danymi wszystkich ich  uczestników  i uczestniczek. Gdy już zdobyłem swój wymarzony numer, postanowiłem zadzwonić do niewiasty. Rozmowa trwała krótko. Dziewczyna wyraziła zainteresowanie i umówiliśmy się w najbliższy poniedziałek, o godzinie szesnastej na poznańskim placu Wolności. Przybyłem tego dnia na miejsce punktualnie. Z potem na czole, spoglądając co chwilę na zegarek. Na placu spacerowała jedynie jakaś młoda para, staruszka z siatką pełną suchego chleba dla gołębi i dziewczyna rozmawiająca z kimś głośno przez telefon.

Żadna z osób – włącznie ze mną – znajdujących się na placu nie przypominała aparycją osoby, na którą czekałem. Po kwadransie trwającym w mojej głowie dziesiątki lat, postanowiłem zadzwonić do mojej wybranki. Niestety usłyszałem w telefonie sygnał, oznaczający, że w tej chwili z kimś rozmawia. Po kolejnych „minutach” oczekiwania, nagle zza moich pleców usłyszałem kobiecy głos: „To na mnie czekasz?”. Obróciłem się  i poczułem, jak ziemia obsuwa mi się spod nóg. Stała przede mną – bardzo atrakcyjna – młoda kobieta, która jeszcze przed chwilą rozmawiała głośno przez telefon, kręcąc się po placu. Wszystko byłoby super, gdyby kobieta ta choć w części przypominała aparycją osobę,  z którą chciałem się spotkać. Jedyne, co łączyło te dwie damy, to podobna barwa głosu… Nie potrafiłem ukryć mojego zdziwienia i w przeciągu kilku wymienionych zdań, dowiedziałem się od swojej rozmówczyni, że na warsztatach było kilka dziewcząt o tym samym imieniu. Przez chwilę posmutniałem i naprawdę trudno było mi ukryć rozczarowanie zaistniałą sytuacją. Niemniej jednak stanąłem na wysokości zadania i nie rozwijając dalej poruszonego wcześniej tematu, udałem się ze znajomą – nieznajomą do kawiarni, o której dzisiaj chcę wam trochę powiedzieć. Wspominam ów poniedziałek bardzo sympatycznie. Wraz z – jakby nie patrząc – zaproszoną przeze mnie niewiastą udaliśmy się na ciepłe kakao i długą rozmowę, podczas której razem śmialiśmy się z pozornie krępującej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Miesiąc od owego spotkania umówiłem się na spotkanie z osobą, o którą rzeczywiście mi chodziło i po kilku spotkaniach byliśmy już parą. Ach, jaka tkliwa historia. No, ale prawdziwa.

111Kilka tygodni temu, korzystając z faktu, że jestem aktualnie tzw. „wolnym człowiekiem” ;), postanowiłem zaprosić pewną osobę na wspólne spędzenie wieczoru, przy aromatach dobrej kawy. Szczęście – przynajmniej dla moich kubków smakowych – doprowadziło nasze nóżki do znanej mi już dobrze od lat „Werandy Caffe”.  Sympatyczne zaciszne miejsce wołało nas do siebie szeptami spokojnie palących się świec i zapachem świeżo upieczonego jabłecznika.  Zaraz po wejściu do środka uderzyło mnie niesamowite ciepło panujące wewnątrz lokalu. Każda rzecz, zarówno wisząca na ścianie, jak i zajmująca swoje miejsce na drewnianej ladzie była w stu procentach przemyślana i dopracowana. Może zawodzi mnie pamięć, ale lokal – przynajmniej sprawiał takie wrażenie – jakby był oświetlony jedynie różnobarwnymi świecami. W związku z porą roku postanowiliśmy spędzić ten wieczór na powietrzu i zgodnie z nazwą restauracji, udaliśmy się na jej zaplecze. A dokładniej – na werandę. Oj, tak. Dokładnie na werandę, która otulona była tysiącami roślin, kwiatów i drzew – między, które wkomponowane były drewniane, nieco archaiczne kawiarniane stoliki. Oczywiście Polak do wszystkiego się przyczepi i przyznam szczerze, że z początku zniechęcił  mnie nieco tłum konsumentów, jaki zastałem na wspomnianej werandzie. Około dwudziestu stolików, z czego 80% zajętych przez niekoniecznie „cichych” gości. Zajęliśmy miejsca i już po chwili w nasze łapki trafiło menu, które na serio wyglądało bardzo estetycznie. W niektórych miejscach menu to nic  innego, jak przegląd najczęściej zamawianych posiłków, włącznie z próbkami do ich skosztowania. W tytułowym lokalu jednak spotkała mnie miła niespodzianka.  Zamówiliśmy tego wieczoru kawę z lodami, albo lody z kawą. A może po prostu mrożoną kawę? Nie pamiętam. Tego wieczoru starałem się poświęcić uwagę  czemuś, a raczej komuś innemu. Przy zamawianiu tego typu deserów, osoba przyjmująca zamówienie ma obowiązek poinformować gości o tym, czy zamawiany deser zawiera alkohol. Sam jestem abstynentem i oczywiście, gdybym tego wieczoru nie zapytał o procentowych przyjaciół w deserze, nieświadomie złamałbym swoją abstynencję. To taka moja cicha uwaga, dotycząca tytułowej obsługi lokalu.  Gdy sympatyczna pani kelner podała zamówienie,  moje oczy znowu otrzymały na swoje siatkówki miłą niespodziankę. Bardzo sensownie wyglądający deser, dopracowany – przynajmniej aparycyjnie – w najmniejszym szczególe.  Chwilę potem czekała na mnie kolejna niespodzianka, tym razem był to prezent dla mojego podniebienia. Deser nie tylko ładnie wyglądał, ale przede wszystkim rewelacyjnie smakował. Mocna szóstka z plusem! Ceny w lokalu też uważam za przyzwoite, jak na moją studencką kieszeń. Nie były one horrendalne, ani specjalnie zaniżone. Po prostu odpowiednie dla lokalu znajdującego się w centrum Poznania. Aby nie były to tylko słowa powiem tylko, że wieczór kosztował mnie niecałe 40 złotych. Spędziłem tego dnia naprawdę sympatyczne półtorej godzinny w tytułowym lokalu. Co prawda znajomość z zaproszoną damą na tle „ponad przyjacielskim” nie trwała potem długo. Różnica charakterów. Mówi się trudno. Jednak z całym przekonaniem mogę polecić  „Werandę Caffe” jako miejsce, w którym zaskoczą Was nie tylko szczegóły dopracowane w każdym minimetrze, ale przede wszystkim nietuzinkowa atmosfera owego miejsca. Gorąco polecam ;). „Weranda Caffe” – Świętosławska 10, Poznań.

Reklamy
Otagowane

7 thoughts on “„Weranda Caffe” i moja nie do końca udana randka.

  1. Kasia Sannter pisze:

    Podzielam zdanie, byłam – niesamowite miejsce! 😉

    Polubienie

  2. Marek Kukus pisze:

    z tym alkoholem to sie czesto zdarza, ja praktycznie spotykam sie gdziekolwiek w interesach czy cos to jade samochodem. Wiele razy gdybym niezapytal to zezarlbym deser z likierem – a wcale w menu otym nie jest wspominane. Co do Werandy to z tego co piszesz wyglada apetycznie – na pewno odwiedze 😉 pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  3. Aniusia pisze:

    Naprawdę jeśli chodzi o Werandę to trzeba przyznać, ze właściciele dbają o nią i chuchają w każdym drobiazgu. Tez tam byłam i fajnie, ze mi o niej Pan przypomniał Musze tam wrócić ! ^^

    Polubienie

  4. Kinga Puder pisze:

    Haha Lubie te twoje „wspominki”, urocza historia 😉 To rozumiem, że aktualnie posiadasz status „wolnego”? Hmm? 🙂

    Polubienie

  5. Marcin D pisze:

    magicznie

    Polubienie

  6. Arkadiusz pisze:

    kurcze powiem Ci szczerze Bartku, rze naprawde lubie twoje teksty. Trafilem tutaj przypadkiem jakis czas temu i co wtorek wracajac z pracy (w wtorki pracuje poza miastem i wrcam komukacja do domu srednio 1,5 godziny) przegladam na tablecie twojego bloga. Ciekawie piszesz, masz w glowie poukladane i pozytywnie mnie nakrecasz. Pozdrawiam cieplo 😉

    Polubienie

  7. Arkadiusz pisze:

    nice

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: