„Faust” – Teatr Nowy w Poznaniu

kr

„Niestety w  życiu przeżywa się   tylko dwie miłości prawdziwe (…)”

Cytując słowa bohatera filmu  „Jeszcze nie wieczór” – o filmie „Jeszcze nie wieczór” napiszę już niebawem. Tym bardziej, że z „Faustem” ma on wiele wspólnego – zagranego przez Jana Nowickiego chciałbym podzielić się z Wami czarem i zapachem krwi barwiącej traktat tego którego w życiu spotkać – chyba – możemy tylko jeden raz; pierwszy i ostatni. Cyt. „Niestety w  życiu przeżywa się   tylko dwie miłości prawdziwe. Pierwszą która umiera i ostatnią od której się umiera. Niestety(…)”. Cytat z filmu Pana Jacka Bławuta pojawia się w dzisiejszej recenzji „Fausta” reżyserii Janusza Wiśniewskiego nie przypadkowo. Z spektaklem granym jeszcze jakiś czas temu w poznańskim Teatrze Nowym miałem przyjemność obcować dwukrotnie. Jakkolwiek może to zabrzmieć, swojego pierwszego razu w ogóle nie pamiętam (miałem wtedy ok. 16 lat). Za to drugiego spotkania z „Faustem” nie zapomnę nigdy… Było późne popołudnie, spektakl wystawiano na (slangowo nazywanej) „scenie małej”. Pamiętny teatralny wieczór spędziłem z jedną z moich pierwszych i największych miłości . Siedzieliśmy dwa metry od sceny. Do dziś nie potrafię opisać sztuki w taki sposób na jaki by w pełni zasługiwała.

„Faust” Janusza Wiśniewskiego był orgazmem kunsztu i krzykiem pożądania wynikającym z reżyserii, scenografii i mistrzowskiej gry aktorskiej.

Gdy na scenie i widowni zapadł zmrok, w powietrzu poczuć można było budzącą niepokój ciszę. Tulącą się wokół widzów magię przerwało tajemnicze chrząkniecie mężczyzny stojącego na szczycie widowni. Aktor spokojnym krokiem wszedł na scenę i usiadł na starym zielonym fotelu. Wszystko do tego momentu „zobaczyć”  można było jedynie za pomocą słuchu. Tajemnicza postać przez chwile milczała. Z sceny dobiegały jedynie dźwięki starego fotela. W końcu aktor zapalił nocną lampkę; która niewinnie stała wśród dziesiątek książek sprawiających wrażenie dywanu rozciągniętego wokół fotela na którym siedział. Z zmęczeniem na twarzy, drżącą dłonią Witold Dębicki podniósł jedną z leżących lektur.  Otworzył księgę i rozpoczął to na co wszyscy czekali. Zaryzykuje stwierdzenie, że wielu z obecnych widzów pomyślało w tym momencie w sposób infantylny: „Boże, teraz w tym foteliku przeczyta nam całego Fausta od A do F” – Nic podobnego… Po kilku ciężkich jak kości i ciepłych jak krew słowach rozpoczęła się ceremonia, której nigdy nie zapomnę. Sceny ukrzyżowania, pięciometrowe krzyże na scenie (które w czasie sztuki zaczęły płonąć), Faust zdzierający z siebie skórę, ostatnia wieczerza prowadzona przez diabła, droga krzyżowa w której uczestniczą zjawy przeszłości (…). Można wymieniać bez końca wyobrażenia zaświatów jakie Janusz Wiśniewski stworzył na kilku deskach teatralnej sceny, a raczej estrady piekła.

Najważniejszą cechą widowiska była jednak bezkompromisowość wobec religii, przekonań i grzechu; który tak naprawdę najczęściej okazywał się „niewinną ludzką bezsilnością” którą człowiek został obdarowany wraz z swoim przyjściem na świat.

Jak pewnie zauważyliście spektakl wywarł niesamowite wrażenie zarówno na mnie,  jak i na wiecznie uśmiechniętej dziewczynie; dzięki której zapamiętałem ten wieczór nie tylko przez magię teatru.

Reklamy
Otagowane , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: