„Egzorcysta” – czyli strach z 1973 roku…

kr

Kiedy byłem małym chłopcem…

Dziś chciałbym poszeptać wam o filmie, który uważam za perłę swojego gatunku. Pierwszy raz moje źrenice poszerzyły się w objęciach „Egzorcysty” kiedy jako mały chłopiec naiwnie przeskakując z kanału na kanał szukałem swojej ulubionej kreskówki. Był późny wieczór, rodzice wychodząc do teatru zostawili mnie pod opieką dziadka; który miał dużą łatwość w spotykaniu się z Morfeuszem. Gdy tylko zasypiał, pilot (a co za tym idzie kinematograficzna władza) przejmowany był przez moje małe rączki. Naturalnie pierwsze moje spotkanie z omawianą produkcją trwało trzy minuty i zakończyło się płaczem; który denerwując Morfeusza zbudził mojego opiekuna. Ale dosyć wspomnień, porozmawiajmy o filmie! „Egzorcysta”  niezaprzeczalnie króluje w czołówce moich ulubionych horrorów. Film miał swoją premierę w roku 1973, jego reżyser William Friedkin mimo znikomych możliwości produkcyjnych – takich jak dzisiejsze efekty specjalne – dzięki pomysłowości stworzył klasyk swojego gatunku. Temat opętania jest jednym z najciekawszych i najbardziej „prawdopodobnych” bodźców tworzących  scenariusze filmowe horrorów.

Za równo w roku 1973 jak i dzisiaj o wiele więcej ludzi wierzy w prawdopodobieństwo istnienia szatana niż wampirów, frankensteina czy wilkołaków. Wiarygodność i pobudzenie w potencjalnym odbiorcy nie tylko strachu ale wiary w możliwość zaistnienia w rzeczywistości przedstawianej historii to podstawa dobrego horroru. Zwróćcie uwagę, że dzisiejsze horrory opowiadają w większości* historie gdzie czarny charakter, który ma budzić w odbiorcy strach jest człowiekiem np. psychopatą, seryjnym mordercą lub zbiegiem**.

*istnieją wyjątki np. film „Zmierzch”, które pozostawię bez komentarza.

**albo trzy w jednym.

Wróćmy do omawianej produkcji. „Egzorcysta” to historia małej dziewczynki, która zostaje opętana przez szatana. Opętanie niczym nowotwór postępuje i stan bohaterki (za równo psychiczny, jak i fizyczny) stopniowo ją zabija. Przy niskim budżecie produkcyjnym William Friedkin stworzył niesamowite obrazy walki księży (egzorcystów) z szatanem „imprezującym” w ciele małej dziewczynki. Moją ulubioną sceną tej poezji grozy był  moment w którym bohaterka w nieludzko szybkim tempie „schodzi” ze schodów za pomocą nóg i rąk, obrócona tułowiem ku górze. Prosty chwyt jakim było przyśpieszenie wcześniej nagranej sceny stworzył niesamowicie mroczną chwilę w filmie. O trikach Williama Friedkina można pisać godzinami (obracanie głowy dziewczynki o 360 stopni, sposób nakręcenia sceny w której przesuwają się meble itd.). Pisząc o „Egzorcyście” nie należy zapomnieć o muzyce*, która rodzi strach nie pozwalający na podejście do okna w własnym mieszkaniu.

*Mike Oldfield, (motyw główny), Jack Nizsche i Hans Werner Henze.

Oczywiście po sukcesie obrazu „Egzorcysta” powstało i powstaje nadal wiele podobnych produkcji np. „Egzorcyzmy Emily Rose” czy  ”Paranormal Entity”. Jednak nie zapominajmy, że prekursor tematyki jest tylko jeden.  Przynajmniej dla mnie. Tak więc kochani, nie pozostaje mi nic innego jak zaproponować Wam poszerzenie się źrenic przy owej produkcji. Wtulcie się w ukochaną osobę, zwierzę lub kubek herbaty, zamknijcie wszystkie okna i drzwi, zgaście światło…no…i…posłuchajcie tej metafizycznej historii…

Reklamy
Otagowane ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: