„Tożsamość” – czyli zabawmy się w Zygmunta Freuda

kr

Zabawmy się w Zygmunta Freuda!

Powiem szczerze, że produkcja ta zachwiała równowagą moich ulubionych thrillerów psychologicznych. Mimo to Bruce Willis nie musi się przejmować, „Szósty zmysł” permanentnie obejmuje pierwszą pozycję.  Na początku zaznaczę, że istnieje wiele filmów o identycznym lub bardzo podobny tytule. Sam zastanawiałem się z początku czy aby na pewno moje oczy nie przyjaźniły się z omawianym filmem w przeszłości. W tym momencie pragnę złożyć ironiczny ukłon osobom odpowiedzialnym za tłumaczenie  tytułów zagranicznych produkcji.  Zmieńcie dilera lub nie  tłumaczcie ich z pomocą słowników internetowych. Film  „Tożsamość” reżyserii Jamsa Mangolda oparty na powieści „Out of me head”  to kinematograficzny majstersztyk na skalę światową.  Autorzy filmu zapraszają nas do odwiedzenia najmroczniejszych zakamarków ludzkiego umysłu. Ba! Chorego umysłu! Obraz opowiada historię seryjnego mordercy, chorego na rozczepienie osobowości. Jego obrońca, psycholog Doktor Malick dobę przed wykonaniem wyroku śmierci próbuje przekonać wymiar sprawiedliwości do ponownego przyjrzenia się sprawie. Swoje odwołanie uzasadnia przypuszczeniem, że skazany popełnił zbrodnie nie będąc sobą.

Tak więc kim był, skoro ilości wyimaginowanych osobowości w które się wciela nie można pokazać za pomocą palców obu dłoni. Na te pytanie autorzy serwują nam odpowiedź w postaci mrocznej historii pachnącej Agathą Christi…

Uwaga! W dalszej części postu zamieszczam swoją interpretacje filmu. Warto wrócić do niej po obejrzeniu produkcji i porównać ją z własną. Przeczytana wcześniej może popsuć zabawę płynącą z możliwości bycia podczas seansu nie tylko widzem ale również Sherlockiem Holmesem lub Zygmuntem Freudem…

No dobrze, więc jak już wiecie (lub nie) mamy do czynienia z konkretną ilością osobowości głównego bohatera. Jedenaście postaci (wliczam w nie również dziecko) spotyka się w tym samym miejscu i czasie. Dzięki psychoanalizie tożsamości w metaforycznej historii zaczynają ginąć. Przyznam z ręką na sercu, że aby zrozumieć historie Michaela Cooneya musiałem obejrzeć film dwukrotnie. O to wnioski… Na początek wymieńmy wszystkie wcielenia głównego bohatera: aktorka, młode małżeństwo, dwóch więźniów, potracona kobieta, mąż potraconej, fałszywy właściciel motelu, kierowca limuzyny, prostytutka i dziecko. Podsumowując dziesięć fałszywych osobowości i jedna prawdziwa (dziecko). Zaryzykuje stwierdzenie, że morderca przejął osobowości czterech osób które zabił w realnym świecie. Świadczą o tym szybkie flashbacki w ostatnich scenach filmu. Skąd choroba mordercy stworzyła pozostałe sześć osobowości? Uważam, że byli to ludzie których bohater spotykał w swoim codziennym życiu; policjant, więzień, prostytutka… Wiemy już wszystko na temat sposobu „tworzenia się” osobowości. Przyjrzyjmy się teraz zakończeniu filmu. Sędzia postanawia odroczyć postępowanie w sprawie głównego bohatera. Wraz z psychologiem dochodzi do wniosku ż e dzięki psychoanalizie zlikwidowano stworzone przez chorego fałszywe osobowości, w tym osobowość mordercy. Mylili się. Przyznam bez bicia, że sam również zapomniałem o postaci „dziecka”. W rezultacie w drodze powrotnej do zakładu więziennego główny bohater „ma w sobie” dwie osobowości; prostytutki i dziecka (mordercy). Która z nich jest jego prawdziwą? Naturalnie dziecka, które w ostatnich minutach filmu metaforycznie uśmierca osobowość prostytutki. Bohater odnajduje siebie. Będąc w końcu sobą zabija w ostatniej scenie psychologa jadącego z nim w konwoju… Na tym mógłbym zakończyć swoje wywody dotyczące interpretacji omawianej produkcji. Jednak chciałbym wspomnieć jeszcze o jednym elemencie filmowej historii. Zastanawiam się czy postać psychologa (Doktor Malick) nie była również jedynie kolejną wyimaginowaną tożsamością mordercy. Przez cały film nikt z osób siedzących przy stole nie utrzymuje z nim kontaktu wzrokowego, jedyną osobą która rozmawia z wspomnianym bohaterem to skazaniec. Nawet w scenie kiedy psycholog zostaje uśmiercony, kierowca kierujący furgonetką w żaden sposób nie reaguje, gdy ten otwiera zabezpieczenie odgradzające ich od więźnia.

Cóż, to moje własne ciche szepty i nieskromna interpretacja mistrzowskiej produkcji „Identity”. Ciekaw jestem waszej. Więc jeśli choć trochę was zachęciłem do dotknięcia obrazu Jamsa Mangolda i macie siłę w palcach to czekam na wasze przemyślenia!

Reklamy
Otagowane , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: